fbpx
1 143 odsłonBrak komentarzy

Latino szejk i kompot do pary

Aguas frescas – jak to bajkowo brzmi!

Ameryka Centralna kulinarnie nie zwala z nóg, zwłaszcza w porównaniu z Tajlandią czy Malezją. Jeśli chodzi o obróbkę produktów, którymi dysponuje ten region, to w gruncie rzeczy nie tworzy on jakiś najsmaczniejszniejszej kompozycji. Na dłuższą metę, choćby pół roku, system żywieniowy staje się jednostajny.

Co innego owoce. To istny raj dla frutarian. Można je spożywać w formie stałej lub poszatkowanej w sałatki lub w formie płynnej. Popularne napoje Ameryki Południowej zdecydowanie konkurują z tajskimi. Nie mam tu na myśli aguas frescas, bo one tylko się ładnie nazywają. Lepiej smakują inne drinki. Królestwo rozkoszy.

Bebidas

to bardzo myląca hiszpańska kategoria znaczeniowa. Teoretycznie oznacza napoje, czyli jest terminem ogólnym określającym cały gatunek płynów spożywczych. Ponieważ Hiszpania do czasów podróży po Ameryce Centralnej stanowiła mój jedyny punkt odniesienia językowego (dobra, trochę oszukuję, bo na studiach miałam zajęcia z Latynosami, jednak nie dotyczyły one kulinariów, ale ważkich problemów politycznych) to uznałam, że ta jakże uproszczona nazwa odtworzy mi drzwi do wszystkich napitków w Ameryce Centralnej. Otóż niekoniecznie.

How can I help you, grinaga?

W Cancun, na Playa del Carmen i na Cozumel w ogóle nikt nie chciał ze mną rozmawiać po hiszpańsku. W końcu do takich miejsc gringas jeżdża tylko po to, żeby przejść się deptakam, a nie prowadzić rozmowy kulinarne w obcym im języku. Na tym turystycznym szlaku, na którym spędziłam aż sześć dni, nikt nie chciał uwierzyć w mój mało gringolandzki plan wykorzystania taniego czarteru do Cancun na krótki, wielomiesięczny rekonesans rozciągający się aż do Panamy. Nawet na Cozumel to brzmiało jak zupełnie nieprawdopodobny scenariusz, mimo że tam trafiali już tylko gingos wyspecjalizowani w nurkowaniu.  

Wyzwaniem w tych miejscach jest nie tylko znalezienie bankomatu, który wypłaci gotówkę w pesos (a nie w dolarach), nie tylko płacenie w pesos, ale nawet wszelkie próby rozmów po hiszpańsku. Takie dialogi są po prostu zupełnie nie na miejscu.

Na mojej trasie hiszpański pojawił się dopiero w Tulum i tylko dlatego, że wszystkie hostele w tym mieście są zarządzane przez Argentyńczyków. Na dobre jednak zagościł w tamtej podróży dopiero od czasów Bacalar.

Licuados w Bacalar

W tej mieścinie na małym dworcu autobusowym, a w zasadzie w barze obok dworca, kupiłam pierwszego szejka.
– Una bebida de platano, por favor – powiedziałam do bufetowego, który zupełnie nie wyglądał na Meksykanina. Szczupły, wysoki, w okularach i miał wszystkie zęby.
Otworzył szeroko oczy, a szkła korekcyjne dodatkowo spotęgowały wrażenie zaskoczenia.
– No hay – wzruszył ramionami i zniknął na zapleczu.
Jak to nie ma? Zdziwiłam się, studiując menu. Figurowały w nim koktajle bananowe, ananasowe, ze zbóż, z papai, z platanów, wieloocowe oraz takie, których nazw nie znałam. Może się skończyły?
– Pues – zastanowiłam się – de bananas – krzyknęłam w głąb kuchni.
– Tampoco – usłyszałam pomruk zza ściany.
– Niemożliwe! – powiedziałam na głos – wszystko się skończyło?
– Nie sprzedajemy w ogóle bebidas.
– A co sprzedajecie? Do picia – dodałam, lustrując wzrokiem różne przystawki, które stały na ladzie. W ogóle nie miałam na nie ochoty. Było dość gorąco, tzn. jakieś 40 stopni i chciało mi się pić. Wiedziałam, że przy okazji się również najem bardzo kalorycznym szejkiem z platana, bo jest gęsty, naturalnie słodki i sycący. Zresztą tych najmniej słodkich platanów używa się w różnych tropikalnych kuchniach jako zamiennika ziemniaków.
– Licuados – padła odpowiedź, która natychmiast umieściła mnie geograficznie w Meksyku i niezwykle ucieszyła w tych jakże spragnionych okolicznościach.

Tajemnicza metamorfoza licuados

Licuados skończyły się w Gwatemali, choć z tego co pamiętam, obowiązywała tam lub przynajmniej była zrozumiała, podwójna nazwa, a wiec i licuados i batidos, a od Salwadoru nikt już nie wiedział, co to są licuados. Wiem, bo sprawdziłam.

Nie mylcie szejka z koktajlem

Nie tylko dlatego, że koktajl (coctel) to napój alkoholowy, a szejkowie, przynajmniej ci ortodoksyjni, alkoholu nie piją, ale dlatego że coctel de frutas to sałatka owocowa, a coctel de mariscos – to rodzaj hiszpańskiego ceviche, a więc marynowanych owoców morza. Jak widać to ciała stałe, a nie zmiksowane na pulpę. Do tego wszystkiego dochodzą sformułowanie figuratywne typu coctel de idiotas, coctel Molotov i inne kontrowersyjne koktajle, więc to słowo jest bardzo niebezpieczne i z całą pewnością nie oznacza niewinnego napoju ze zmiksowanych owoców.

Licores i inne podstępy

Równie podstępnym słowem jest licor, bo w zależności od rejonu i od kontekstu oznaczać może likier, spirytus, bardzo słodki napój zupełnie niealkoholowy, a nawet destylat. Jeśli przejęzyczycie się na licuido, w zasadzie nic wam nie grozi oprócz bycia wziętym za wariata lub w najlepszym razie histronicznego ekscentryka, bo kto przy zdrowych zmysłach zamawia w barze ciecz?

Szejki w Ameryce Centralnej istnieją w trzech formach

z mlekiem, z wodą i z jogurtem. I nazywają się bardzo rozmaicie. Te z wodą bywają określane jako licuado puro, licuado de agua albo con agua, a nawet licuado regular albo co jeszcze bardziej komplikuje sprawę jugo de agua. W wolnym tłumaczeniu to ostanie brzmi zupełnie bez sensu, bo oznacza sok z wody. Jugos, czyli soki na ogól rozcieńcza się wodą i bardzo często słodzi. Jeśli chcecie dostać świeży wyciskany sok, nie wystarczy powiedzieć jugo puro, ani tym bardziej jugo, ale udać się do punktu z wyciskarką (sokowirówki występują tylko w bardzo turystycznych miejscach) i patrzeć delikwentowi na ręce tj. nie dopuszczać do tego, żeby uciekł na zaplecze i kilka razy powtórzyć sin azucar, co z pewnością wywoła ogromne niedowierzanie, bo cukier jest smaczny i krzepi. Na zaskoczone spojrzenie narazi was również użycie słowa z języka castellano, czy zumo. Zumo można czasem kupić w kartonowych pudełkach sprzedawanych w marketach.

Jugos de agua czy aguas frescas

Zdarza się, że jugo de agua używane jest podstępnie zamiennie z aguas frescas, których spożycie zdecydowanie odradzam. To ręcznie przygotowywane napoje składające się w teorii ze zblendowanych owoców wymieszanych z wodą i z cukrem, a w praktyce to sztuczne soki bardzo rozcieńczone wodą i intensywnie dosładzane. Na ulicy sprzedaje się z je z kadzi, wielkich słoików, a nawet wiaderek i pakuje w przezroczyste reklamówki ze słomką lub w wersji bardziej luksusowej w styropianowe kubki. W barach mogą to być szklanki, w autobusach mini torebki o pojemności jednego łyka lub rozmaite butelki, w których kiedyś znajdowało się coś innego. Niech was nie szokuje, że potem wszyscy pasażerowie wyrzucają te “naczynia” przez okno. Aguas frescas bywają tańsze niż woda. Tę ostatnią również można nabyć w torebce, ale odradzam to rozwiązanie. Z bardzo dużym prawdopodobieństwem będzie to kranówa.

Najbardziej popularne smaki aguas frescas to tamarindo i flor de jamajca, czyli ice tea z hibiskusa. Do zaskakujących jednak należą słodkie napoje ogórkowe oraz te z nasion chia z dodatkiem różnych warzyw i oczywiście cukru.

Horchata – podgatunek aguas frescas

Jeśli lubicie przygody, to warto spróbować horchaty. Poznałam ten smak dawno temu w Walencji, choć to nie ja byłam tam na Erasmusie, i uznałam, że nie mam już potrzeby kontynuowania tego eksperymentu w Meksyku ani w Gwatemali, bo ten zabielony płyn smakuje jak krzyżówka wybitnie przesłodzonej masy migdałowej z ryżowym kleikiem, do której ktoś wsypał tonę cukru i taką mieszankę można chyba tylko spożywać w celach wymiotnych.

Horchatę wyrabia się z ryżu lub mleka wyciśniętego z orzeszków chufa lub kombinacji obu, ponadto zawiera ona cynamon oraz wanilię. Posiada różne stopnie gęstości od lejącej się papki po biały sok o konsystencji rozwodnionej mlecznej cieczy. Miłośnicy mocnych wrażeń z cukrem w roli głównej maczają w niej churros, czyli słodkie paluszki pszenne i z pewnością tym sposobem hodują liczne kolonie candidy.

Preparodos, czyli produkcja własna

Największą frajdę jednak sprawiają szejki własnej produkcji. I takie można by nazwać preparodos – z tą nazwą również możecie się spotkać. Hostele, nie tylko te, które udostępniają kuchnię do użytku gości, mają na składzie licuadoras lub batidoras i taki napój można sobie samemu przygotować, robiąc uprzednio stosowne zakupy z kostkami lodu włącznie. To ostatnie stanowi nie lada wyzwanie, bo lód sprzedawany jest w blokach lub ewentualnie pięciokilowych przezroczystych workach, co nie zmienia faktu, że małą plastikową torebkę lodowych kostek można dostać za darmo lub samemu sobie przygotować taki set szejkowy.

Nauki w Granadzie

Nauczyłam się tej sztuczki w hostelu w nikaraguańskiej Granadzie. Nie było tam kuchni dla gości, ale panie kucharki mnie pokochały od pierwszego śniadania…na które zaspałam półtorej godziny. Nieprzytomna weszłam do kuchni.
– Jest jeszcze coś do jedzenia? Może chociaż kawa albo banan? – zapytałam z nadzieją.
Carmencita z Carmelitą, naprawdę tak się nazywały, spojrzały na mnie badawczo.
– Impreza wczoraj? – prychnęła Carmelita i wzięła się pod boki, jakby miała zamiar zatańczyć krakowiaka. Kilka dni potem naprawdę zmuszała mnie do udzielania jej lekcji polskich tańców ludowych i śpiewania piosenek z rodzaju „Rozkwitały pąki białych róż”. Dowiedziałam się wtedy, że jest solistką w chórze kościelnym, a jak była młoda, piękna i ponęntna, czyli przed trzecim mężem, to tańczyła w zespole i nawet pojechała na tournee do Kostaryki.
– Nie balanga tylko egzystencjalne rozkminy – przyznałam tymczasem zgodnie z prawdą.
– Egzystencjalni to oni nie są, skarabie, są bardzo przyziemni. Jak nie ten to następny. Obiad dostaniesz, bo śniadanie się już skończyło – spointowała Carmencita.
– Jak to obiad? Przecież tu nie ma obiadów? Tylko śniadania – zdziwiłam się.
– Mój domowy, śpiąca królewno.
– Twój?
– Albo mój – wtrąciła się Carmelita – w sumie ten sam. Gotujemy tutaj. Niech się młodzi wyszaleją – zachichotała.
– Aha? – spojrzałam niepewnie i słusznie się domyśliłam. Obie kuchenne mamy mnie natychmiast urzekły swoją prostolinijnością, a także ergonomią zarządzania czasem. Wychodziły z domu na czas randek swoich dzieci i jakże przyjemnie spędzały te chwile, tańcząc i śpiewając w kuchni.

Od tego czasu posiadałam dostęp do szejkera i zamrażalnika.

– Bierzesz dwie mocne plastikowe torebki. Wkładasz jedną w drugą – uczyła mnie Carmencita – napełniasz wodą i związujesz. Jak się zmrożą, rzucasz o kamienną podłogę. Można jeszcze tłuczkiem do mięsa, ale trzeba poćwiczyć, bo torebki się rwą. Podłoga łatwiejsza.
Rzucałam więc torebkami o podłogę i sporządzałam własne mikstury.
Preparados, słoneczko, to się nazywa. Widać, że z Meksyku przyjechałaś.

Na zdjęciach poniżej wybrane składniki

Owocowy zestaw do sporządzania szejka. Owoc kakaowca, guawa, platan, mango, zapote.

Owoc kakaowca, guawa, platan, mango, zapote.

Owoc kakaowca, platan i tajemniczy ogórek.

Zestaw do sporządzania szejka. Dzień drugi 😉

Owoc kakaowca, platan i niezidentyfikowany owoc. Smaki Ameryki Centralnej.

Tak wygląda tajemnicza tykwa w środku 😉

Owoc kakaowca

wydał mi się niezwykle fotogeniczny, wystąpi więc jeszcze raz. Nie wiem, czy zdarzało się wam wsypywać do mlecznego szejka kakao? Nawet jeśli, to zapewniam, że smak świeżej pestki zupełnie nie przypomina kakaowego proszku. Jest wybitnie orzechowy. Z goryczką. To coś pomiędzy migdałem a bardzo świeżym orzechem włoskim. Takim, który przed chwilą spadł z drzewa i jeszcze nie zdążył się podsuszyć. Gorzki i cierpki fantastycznie przełamuje wybitnie słodki smak zapote. Ten ostatni jest tak miodowy, że praktycznie niemożliwy do spożycia bez domieszki czegoś kwaśnego lub gorzkiego.

Można również jeść miąższ kakaowca. Smakuje jak gorzki kokos. Z całą pewnością nie wyrabia się z niego żadnych aguas frescas i zupełnie nie rozumiem dlaczego. Wtedy ich nazwa miałaby sens, bo trudno się orzeźwić czymś słodkim.

Świeży owoc kakaowca

Świeży owoc kakaowca

Uchuva, z której również przygotowuje się aquas frescas.

Uchuva – owoce Ameryki Centralnej. Mają smak zbliżony do agrestu. Zielone są bardziej kwaśne. Ciemnopomarańczowe nabierają słodyczy. W zależności od sezonu również służą do domowej produkcji aguas frescas.

Mini przewodnik po owocach

a nie po aguas frescas, znajdziecie w następujących artykułach innych znawców tematu:

Tuti frutti
Tutti frutti II
11 owoców, o których istnieniu nie miałeś pojęcia

Jeśli artykuł wpadł Ci w oko albo pod język, podziel się smakiem Ameryki Centralnej ze światem wirtualnym i podaj dalej.

Que aproveche!

Wpadajcie też na fanpejdż. W drodze służy mi za podręczny notatnik z podróży.

PS. Aguas frescas to w gruncie rzeczy kompoty, a przynajmniej pierwotnie nimi były.

A na deser, czyli na zdjęciach poniżej przykłady straganów ulicznych, gdzie można dokonać zakupów

Czasem również można na nich nabyć aguas frecas.

Po lewej stronie na stoliku odmiana kokosa. To niezwykle smaczny i przy okazji pożywny drink. Miąższ nadaje się do spożycia, a sok zawiera cenne elektrolity. Pisałam o tym tutaj. W krajach tego rejonu możecie się spotkać z nazwą: jugo de coco, agua de coco, co myląco może wpisać ten sok w kategorię aguas frescas lub po prostu coco.

Mini stragan uliczny w Hondurasie

Mini stragan uliczny w Hondurasie, Utila

Salwador stragan uliczny. W takich miejscach można często kupić agaus frescas.

Salwador stragan uliczny

Honduras, stragan warzywno-owocowy

Honduras, stragan warzywno-owocowy

Warzywniak w Meksyku

Warzywniak w Meksyku

Warzywniak w Ameryce Centralnej

Jak widzicie błękit paryski jest popularną barwą warzywniaków.

Handel uliczny

To zupełnie inna opowieść, którą z pewnością rozwinę przy którejś z kolejnych okazji. Może na blogu, a może w książce. Na deser jeszcze klika przykładów sprzedawców sałatek owocowych. W Gwatemali i Salwadorze. Na instagramie zobaczycie więcej życia ulicy.

 

View this post on Instagram

Na zdjęciu przykład działania blendy i lokalny bar uliczny w Xela. Jak byście się zastanawiali, jak wygląda ulica w Gwatemali, to właśnie tak 😊 Chłopiec zajmuje się przygotowywaniem i sprzedażą przekąsek owocowych, kobiety wyrabiają kukurydziane placki, a mężczyźni w Gwatemali na ogół noszą kapelusze i według moich obserwacji pracują najmniej, za to najwięcej piją. Najwięcej ciężko pracujących dzieci widziałam właśnie w tym kraju. Chciałam wrzucić bardziej humorystyczny filmik z tańcząca kozą, ale niestety okazało się, że przepadł wraz ze złodziejem telefonu. Ta niewesoła historia zdarzyła się już po powrocie do Polski i raz na jakiś czas zdarza mi się wciąż tęsknić za kadrami z moich wspomnień, które zapamiętam już tylko ja. Suzan Sontag pięknie pisała o fotografii jako o kolekcjonowaniu chwil i fragmentaryzacji doświadczenia teraźniejszości w celu utrzymywania pamieci w ryzach. Zapomniałam już, co przeczytałam w tej książce, a co jest mglistym wspomnieniem jej treści, czyli subiektywną interpretacją przefiltrowaną przez własną percepcję. Teraz kiedy tamta podróż do Ameryki Centralnej jest już za mną dwukrotnie (raz zdarzyła się naprawdę, a po raz drugi odpowiedziałam o niej w fikcji literackiej) coraz bardziej czuję, jak tamte wspomnienia się oddalają, otwierając przede mną przestrzeń do kolejnych przygód i następnej wyprawy. Na blogu artykuł: ➡️ Gringa w Gwatemali A dużo więcej przeczytacie w książce 😊 Kto był w Gwatemali? Podzielicie się wrażeniami? A kto się wybiera? Pytania oraz linki do Waszych wspomnień mile widziane w komentarzach 😊 Ciekawią mnie też przemyślenia na temat fotografii w podróży. Na hamakowym fanpejdżu była już interesująca dyskusja na ten temat, więc zaglądajcie również tam 😘 #hamaklife #travelbloger #blogosfera #streetphotography #streetphoto #streetphotographers #travelphoto #travelgram #guatemalalovers #igguatemala #igcentralamerica #indianie #mayaindians #traveltheworld #mayaculture #podróże #magazynpodroze #dziewczynawpodróży #mayaworld

A post shared by Dominika Sidorowicz (@hamaklife) on

Autor: Dominika Sidorowicz

Piszcie do mnie w sprawie przygód! 🙂

Related Post

Facebook Comments