Durian na stoisku ulicznym w Bangkoku w Chinatown
|

Durian jest jak China (Town). Albo kochasz albo śmierdzi.

Gotowanie po chińsku jest jak czary mary. – Can I have chop sticks, please? – zanurkowałam wzrokiem za kontuar i pokazałam gestem, o jakie narzędzie mi chodzi. Byłam w Chinatown. W państwie mieście. U Chińczyków złych, że nie są u Chińczyków – tych prawdziwych, a nie tych z importu. Najeżeni jak duriany i podobnie niebezpieczni, drożsi niż Tajowie, smaczni jeszcze mniej. Ostentacyjni i nieprzysiadalni Chińczycy w Bangkoku.

Allah akbar!
|

Allah akbar!

Żeby nie było nudno jedzącemu, to wszystko w tej potrawie jest zaskakujące. Nie będąc specjalnym fanatykiem jedzenia, choć zdecydowanie testerem nowości wszelakich, nie tylko kulinarnych, w życiu bym się nie domyśliła, co właśnie spożywam, gdyby – tak, jak to się dzieje na filmach o terrorystach – zawiązali mi oczy i kazali zgadnąć, co jem. Na Allaha, oblałabym!

Konstelacja wodnika i dziewczyna widmo
|

Konstelacja wodnika i dziewczyna widmo

To był rzeczywiście szczęśliwy traf.
Na Bali policja uwielbia haltować turystów pod byle pretekstem i łapówki na mandaty należy wliczyć w budżet wyprawy, w tym przypadku jednak wszelkie preteksty były niepotrzebne. Nie wyglądaliśmy zbyt przepisowo. Zwłaszcza lądując w rowie przy jakimś nieodpowiednio wyważonym zakręcie. Na szczęście żadnej desce nic się nie stało, ucierpiało tylko moje kolano i to nieznacznie.

Plaże w Indonezji
|

Cyberspace is home

– Look at the stars – zatrzymał mnie, jak zamykałam drzwi do swojego pokoju kierowana natychmiastowym zamiarem zbiegnięcia po schodach do lodówki, która znajdowała się na parterze.
– Beautiful – odwróciłam się w kierunku przeciwnym do morza, czyli tam gdzie pokazywał.
Lubiłam tembr jego głosu – ciepły, zamyślony i nieobecny i to jak zjawiał się, a potem znikał bezszelestnie na moim kawałku tarasu.
Wzięłam pokój narożny, bo zawsze, jeśli mogłam wybierać, to wybierałam swoją ulubioną opcję.