Czerwona ziemia, granaty i butelki z benzyną
Landmine Museum to mały barak
gdzieś na wygwizdowie kambodżańskim w odległości ok. godziny jazdy skuterem od Siem Reap. W zależności od stanu dróg, czyli de facto tego, jak dawno padało.
Otwiera wam naburmuszona pani (też nie byłabym szczęśliwa, spędzając kilka godzin w takiej scenerii), płacicie 5 $ ( w Kambodży praktycznie nie używa się rieli, chociaż wydaje się w nich resztę) i oglądacie arsenał. Zgromadzony tam przez Aki Ra – człowieka z traumatyczną przeszłością i szczytną ideą.
Landmine Museum to nie Oświęcim.
Nie ma w nim butów, pasiaków, drewnianych nóg ani połamanych okularów.
Nie ma efektów zbrodni.
Są narzędzia.
Wciąż śmiercionośne.
Pol Pot z Hitlerem i Stalinem od dawna błądzą po dziewiątym kręgu piekielnym, a miny wciąż wybuchają.
A Khmerowie tracą ręce i nogi…jeśli mają na tyle szczęścia, żeby nie katapultować się od razu w inny wymiar.

Plac zabaw vis a vis Muzem Min Lądowych w Kambodży. Po drugiej stronie drogi.
To robi wrażenie.
O tyle większe, że takich ludzi można spotkać na ulicach.
Wybrakowanych. Fizycznie i psychicznie. Żebrzących. Porzuconych przez państwo i rodziny. Lub delegowanych przez dzieci do pracy w terenie. Bo przecież nie dostali żadnych odszkodowań ani medali, które można by spieniężyć.
Muzeum Min Lądowych to wrażenie wykorzystuje, bo datki na fundację wspierającą projekt odminowania Kambodży są mile widziane, a nawet konieczne, a oglądając bomby i granaty, zwiedzacie głównie tablice informacyjne amerykańskich NGO’sów.
W drodze powrotnej mijacie siedzibę Ludowej Partii Kambodżańskiej
i zaczynacie nabierać wrażenia, że ta prężna organizacja nie poradzi sobie w szybkim tempie z 3 do 6 milinów (według różnych szacunków) nadal czynnych min, które warto by było jak najszybciej rozbroić, biorąc pod uwagę, że dawny kraj Czerwonych Khmerów jest głównie rolniczy i ludzie na tych minach uprawiają ryż i wypasają trzodę chlewną.

Siedziaba Kambodżańskiej Partii Ludowej
Macie przynajmniej nadzieję, że te hordy turystów, które każdego dnia walą do Angkor Wat i w ciągu 3 dni zostawiają tam 40 $ (nadal amerykańskich) na osobę, przyczyniają się w jakiś sposób do pozyskiwania środków na projekt odminowywania.
Nie wierzycie jednak ani w Stalina ani w Pol Pota ani we wszelkie inne skrajne ugrupowania, które za cel stawiają sobie dobro ludu, więc zastanawiacie się, do czyich kieszeni trafiają te dolary.
Zrezygnowani zatrzymujecie się, żeby zatankować.

Butelki z benzyną, Kambodża
Nie możecie się zdecydować na żadną z butelek, bo w waszej wyobraźni wszystkie zamieniają się w koktajle mołotowa.

I większy wybór butelek z benzyną. Nadal przy tej samej drodze.
Zauważacie osobliwość przedmiotów martwych i ich prymat nad żywymi ludźmi.

Inne możliwości zakupowe w Kambodży.
Rozważacie kokosa albo ananasa, jednak tasak kojarzy wam się z narzędziem tortur.

Przydrożny stragan, Kambodża
Przypominacie sobie, że z tego wszystkiego zapomnieliście o lunchu, ale apetyt odbierają wam te dzieci, których dziadka zamordowali Czerwoni Khmerzy i których ojcu urwało nogę na polach ryżowych. A te dzieci – syte, bo nie przyjmują jedzenia – chcą od was 1 $ co minutę.
W imię ojca, w imię dziadka, w imię Kambodży i w imię dolara.
W imię świętego spokoju i braku wyrzutów sumienia, co macie zrobić?
Przecież nie rozstrzelacie Pol Pota.

Restauracja w Angkor Wat, Kambodża


Facebook Comments