1 900 odsłon48 komentarzy

Erasmus chyba warto?

Niekoniecznie Eramus

Podróże można zacząć różnie.  Kupić bilet, wyciągnąć kciuk, wziąć dziekankę albo jechać na Erasmusa.  Moja historia podróżnicza sięga życia płodowego. Wtedy to pojechałam z moją mamą na stypendium do Budapesztu.  Działo się to w danych czasach zaborów, czyli wojny polsko-ruskiej i demoludy były en vogue. Nie dało się za bardzo wychylić. Gdzie indziej. Zwłaszcza dalej. I w ogóle najlepszym rozwiązaniem pozostawało siedzieć w domu i być grzecznym. Nawet takie Węgry zaliczały się do karkołomnych przedsięwzięć, niemalże  mission impossible. Ciasny świat, paszport Rzeczypospolitej Ludowej – historie z lamusa. Potem jeszcze w epoce moich zupełnie niepraktycznych studiów – polonistyka – bardzo chciałam zdobyć stypendium zagraniczne, bo to naukowe wydawałam na książki. Erasmus, Sokrates i inne realnie a nawet hipotetycznie nie istniały. Nawiedzałam taką jedną panią z Biura Współpracy z zagranicą. Oficyna tonąca w chmurach dymu papierosowego – znajdowała się w budynku za BUW-em ( tym w starej wersji) – na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego. Przetłumaczyłam przysięgle swoje wszystkie piątki z indeksu, zdobyłam rekomendacje (głupio było mi je czytać, że niby jestem taka zdolna, wybitna, uczona), pozdawałam egzaminy językowe i…nie wyjechałam. Wtedy.

– Ale z polonistyki chce pani jechać? Za granicę?

Miła pani cała w lokach utrwalonych na cukier albo mocny lakier przyozdobiona w sceniczny makijaż w towarzystwie papierosa na stałe przyklejonego do warg sprowadziła mnie na ziemię. Aż się zakrztusiłam. Pewnie od mieszkanki dymu nikotynowego i pierza z podciętych skrzydeł. Znalazłam jednak sposób. Zdałam na iberystykę i studia latynoamerykańskie. Pojechałam do Barcelony. Oczywiście autobusem a nie Wizzairem.

Prototyp Eramusa

Dobry wybór. Piękna pogoda. Plaża nudystów. I język, który otwiera całą Amerykę Południową (na iberystyce mieliśmy też portugalski) i Środkową. Zanim zaczęły się tendencje separatystyczne, teraz np. we wspólnocie Walencji czy Katalonii oraz innych autonomicznych regionów hiszpańskich zajęcia w szkołach i na uniwersytetach bardzo często odbywają się w językach narodowych, wtedy catalano był fakultetem.

Wiele lat później już jako doktorantka pojechałam do Włoch. Erasmus w tamtejszym wydaniu bardzo mnie rozczarował. Może za długo na niego czekałam? Koronka oczekiwań utkanych z marzeń zahaczyła o kant rzeczywistości, ścieg się popruł…Zwłaszcza, że jednocześnie starałam się o inne stypendium. Projekt dla młodych dziennikarzy europejskich realizowany w Afryce Subsaharyjskiej. Ci, którzy mnie znają, a czytając tego nieregularnego bloga, pewnie już macie jakieś wyobrażenia na temat osoby, która go pisze, łatwo się domyślą, co było moim priorytetem. Zakwalifikowałam się do obu programów i wzięłam udział w tym, na którym mniej mi zależało. Morał: od tego czasu czytam informacje pisane małym drukiem, regulaminy (nie znoszę!), zwracając szczególnie baczną uwagę na logiczne wynikanie rozłączne, które może oznaczać brak możliwości finansowania jednej osoby, biorącej udział w różnych projektach badawczych z tego samego źródła (zawiera się w to w kodzie, a nie w w ciągach słów). Decyduje data rozpatrzenia pierwszego wniosku.

Erasmus w Walencji

Zupełnie inna jest historia Natalii Fraś, która na Erasmusie w Walencji zaczęła pisać swojego bloga – kompendium wiedzy na temat tego, jak wygląda takie stypendium w Hiszpanii. Ta energiczna, uśmiechnięta dziewczyna gościła w mojej audycji w Medium Publiczne, gdzie zapraszam fajnych ludzi po to, żeby opowiedzieli swoje historie.

Co sądziecie o tej? 🙂

Autor: Dominika Sidorowicz

Piszcie do mnie w sprawie przygód! 🙂

Chcesz zainspirować się bardziej? :)