234 odsłonBrak komentarzy

Baba Chanel w Sopocie, czyli walentynki w domu starców

Lokalna egzotyka

to miłe urozmaicenie zamorskich podróży. W tych ostatnich spędziłam ponad pół roku – to ten czas niepisania bloga w Ameryce Środkowej wypełniony też kliku miesięcznym okresem licznych przygód już po powrocie. Te ostatnie dyskretnie przemilczę. Wspomnę tylko, bo to akurat na temat, że do Trójmiasta zaprowadziła mnie moja książka, która już wkrótce zabierze was w bardzo dalekie kraje bananów i kukurydzy, w których nie tylko palma i kolba rośnie, ale czai się tam sporo latynosów i innych sensacyjnych zasadzek.

Lubię czasem w życiu zadziałać niekonwencjonalnie, np. wybrać się do Zakopanego w listopadzie.  Nie żeby jakieś wielkie rzeczy, ale ze szczegółów składa się świat, a poza tym małe cieszy. Nie wzięłam więc ślubu w moje urodziny, nie zaręczyłam się w walentynki, nie pisałam bloga od…prawie roku, bo powrocie napisałam książkę, potem zostałam pozbawiona telefonu i niektórych zdjęć, ale jako że nie jest to blog o mnie, a o podróżach, to z Panamy pojechałam prawie do Sopotu. Pomiędzy Panamą a Sopotem zdarzyło się w moim życiu wiele, jednak jeszcze nie przekłułam tego na fikcję.

Molo w Sopocie

Baba Chanel w teatrze Wybrzeże

Przy Monciaku jest taki teatr Wybrzeże, zdecydowanie lepiej znany w Polsce niż teatr przy placu głównym w Santa Ana w Salwadorze. Skojarzyło mi się nie bez kozery, bo zachodzi tu zjawisko chronologii. Poprzednim razem wybrałam się na salwadorski spektakl taneczny Piękna i bestia, a z okazji Walentego, o czym dowiedziałam się w kasie, dziwiąc się, że bilety są tak drogie i tym sposobem wyciągając wniosek, że jednak nie opłaca się być zakochanym, trafiłam na Babę Chanel, zdecydowanie po polsku, choć na podstawie rosyjskiego oryginału.

Spektakl wybitny! Zwłaszcza w walentynki. Siedziałam naprzeciwko baby Chanel za kulisami występu muzycznego zespołu Olśnienie, a więc w pierwszym rzędzie, i cały czas się śmiałam, choć pod spodem tego śmiechu i tej inscenizacji, umościł się twardo bolesny tragizm. Krzesło jednak było wygodnie miękkie.

Kiedyś nawet podobały mi się sztuki Masłowskiej ( w Teatrze Rozmaitości) i nawet z niejaką przyjemnością obejrzałam słodko-sentymentalny Marigold Hotel (to już w kinie), a Baba Chanel znajduje się w tym rankingu stylów niemalże idealnie po środku. Mamy więc i komediowych emerytów w wersji RED  (mężczyzn w strojach ludowych, a ściślej rzecz ujmując, w kobiecych strojach ludowych) i dom starców, a właściwie głuchoniemych (to z pewnością publiczność, podpierając się zapleczem teoretycznym i Artauda i Grotowskiego i Stanisławskiego) i wyjątkowo przenikliwą obserwację rzeczywistości, w której dobra była kiedyś Masłowska. Aktorzy grają rewelacyjnie, chociaż jeden, najwyraźniej lekko zdekoncentrowany trzy razy zapomniał o tym, że jest kobietą i się machnął w odmianach czasownikowych (ciekawe, czy ktoś jeszcze zauważył?).

Jednym słowem po raz kolejny potwierdziła się teza, że rosyjska dramaturgia jest tak samo świetna, jak rosyjska literatura i tamtejszy lajfstajl.

Plaża w Sopocie oraz słuszna inicjatywa estetyczna

Randka z feministą a może jednak wieczór z Zidanem

Śmiem zaryzykować twierdzenie, choć to żadne ryzyko, że Baba Chanel bardziej się wpisała w walentynkowy vibe satyryczny, niż Radka z Feministą, na którą musiałabym jechać do Gdańska, gdzie być może było nieco cieplej i panie nie chodziły po Monciaku z oklapniętymi od mrozu tulipanami. Jedna z par wykazała się umiejętną oceną sytuacji, bo osobnik męski dzierżył kwiaty opatulone w karton, szurając nimi po kostce Bauma, ale jego partnerka była zbyt zajęta oglądaniem witryn butików, żeby zwrócić mu uwagę, że może jednak mógłby nie ucinać główek walentynkowej roślinności.

Piszę te słowa, co nie znaczy, że też wtedy je opublikuję, patrząc na Zidana, który w sopockim hostelu Sisters, odgrywa niezłą pantomimę. Oczywiście z ekranu telewizora, a szkoda, bo jest jak wino. Nie telewizor, oczywiście. Panów czterech go ogląda i wszyscy oglądają Zidana i 22 innych panów oraz ich trenera. Może geje?

Nieskromnie przyznam, że w moim hostelu jest jeszcze jeden osobnik, który jako nie gej nie ogląda meczu i z okazji walentynek proponuje mi toast, jointa oraz tańce. Kusi mnie morza szum, ptaków śpiew, dzika plaża pośród drzew, czyli nocny przeciąg od morza w kraju morsów, jednak wybieram sen. Pan z podbitym okiem, zerka na mnie znad Tindera:

– To może jednak po kwiatki skoczę? W końcu dzień kobiet. Tj. walentynki, chciałem powiedzieć.*

Kto próbował Tindera w walentynki?

A kto baby Chanel?

O Zidana nie pytam.

Praktycznie:

Bilety do teatru Wybrzeże są tańsze w czwartki, co nie znaczy, że w pozostałe dni nie grają tam niczego ciekawego.

Bardzo polecam hostel Sisters Lodge. W walentyki rozdają kwiatki *, śniadania bez okazji, siostry urocze, dizajn skandynawski, minimalistyczny.  Plaża za rogiem, do Monciaka niecałe 5 minut, do kolejki około 10. Jeśli chcecie zostać w George Hostel, trzeba rezerwować z wyprzedzeniem. Jeśli chcecie konwencjonalnie przyjechać w lato, to już teraz! Wszędzie!

Warto polować na ekspres z Warszawy za 79 zł. Z innych miast pewnie działa podobnie. Standard Pendolino, cena TLK. Wersja dla tych, którzy nie lubią przygód w podróży.

Autor: Dominika Sidorowicz

Dziennikarz, fotograf, podróżnik. Kolekcjoner przygód i opowieści.

Brak komentarzy

    Dodaj komentarz