637 odsłon56 komentarzy

Corpus Christi Fashion

Nie dlatego nęcą mnie ciepłe kraje, że Polska zamiast serca ma kawałek lodu, przez co wydaje mało się egzotyczna. Wręcz przeciwnie. Po Polsce już trochę pochodziłam. Na Wschód i na Zachód. Na Północ i Południe. Wciąż nie przestaje mnie zadziwiać. Fascynować swoim pejzażem kulturowym. Zawsze, jak kogoś spotykam w drodze – w podróży, człowieka z którym zamieniam nawet trzy zdania, namawiam go na taką egzotyczną wyprawę. Nie polecam Zakopanego ani Sopotu. Tym bardziej do Krakowa zniechęcam. Mówię:

– Jedź z dala. Od tego, co pokazuje przewodnik. Odpuść główne atrakcje, bo główne atrakcje wszędzie są takie same. Bilety, tłumy, selfie, internacjonalne jedzenie. Jedź na Wschód – naciskam, a może tylko przemycam łagodną perswazję. Nie dlatego, że tam jest najzimniej, a taka wizja w okolicznościach laotańskiego skwaru albo malezyjskiego lata działa na nas niczym kostki lodu rzucone na gorejące ciało, więc warta jest rozważenia i  rozpłynięcia się w smugę wielokropka. Wsiądź do osobowego – popijam to zdanie tajskim szejkiem z bazylii.  Albo do lokalnego busa kursującego między wioskami. Zobaczysz coś, o czym nie przeczytasz w Lonely Planet. Na przykład Boże Ciało.

– Bary mleczne mam w planach – powiedział kiedyś Australijczyk w Laosie albo Irlandczyk w Malezji.

– Lepiej sprawdź te dla tirowców – odpowiedziałam.

– To te przy stacjach benzynowych? Z kawą z automatu i pancake’iem? – doprecyzował.

– Nie. Takie bez automatu. Ze szklankami z prawdziwego szkła. W koszyczkach. Albo na talerzyku. Takim, co się kotom daje mleczko. Tzn. dawało w moim dzieciństwie.

– Koszyczkach???

– Basket for the glass. A sort of container. Sometimes with holder sometimes without. Zielonego pojęcia nie mam, jak się to nazywa po angielsku, pomyślałam.

– Intriguing!!!

Chyba ich przekonałam. Zaraz sprawdzę. Jednak wolą Bali, ale pamiętają o koszyczku. W dalszym ciągu nie udało nam się ustalić, jak się nazywa po angielsku.

Czasem sama jadę w Polskę. Jako Irlandczyk albo Australijczyk. Płeć nie ma tu nic do rzeczy. Oglądam coś, czego nie widzę z warszawskich okien. I czuję się, jakbym była w Laosie albo Indonezji. Jakbym naprawdę wyjechała do innego świata.

Boże Ciało – wspomnienia fotograficzne

Zdjęcia, które dostajecie w galerii poniżej to materiał archiwalny. Zrobiłam je w 2000 roku, a może jeszcze w poprzednim wieku. Jak to z archiwami bywa, moja pamięć jest zawodna. Przypominam sobie jedynie, że wtedy po raz pierwszy, ukartowałam całą sytuację. Wiedziałam, gdzie jadę i po co.  Pojechałam na kresy, żeby zobaczyć Boże Ciało i zapamiętać coś, co powoli przestaje już być częścią współczesnego świata.

Wciąż uważam ten rejon za najciekawszy z punktu widzenia kultury i dzikości krajobrazu.  Pewnie jeszcze długo opowiadając o Polsce w moich podróżach, będę namawiać spotkanych po drodze ludzi do tego, żeby przyjechali tutaj w czerwcu, kiedy noc jest najkrótsza i udali się na wschód – do puszczy, do skansenu, do domów obitych papą. Na pogranicze kultur. Tam, gdzie przeszłość jeszcze nie umarła, gdzie przyroda panoszy się bezkarnie nieprzycięta równo w trawnik, gdzie jest tak inaczej niż w Warszawie, Krakowie, Unii.

Górany, Szudziałowo, Krynki, Bobrowniki. Boże Ciało na krawędzi wieków. Klatka stop.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Autor: Dominika Sidorowicz

Piszcie do mnie w sprawie przygód! 🙂

Chcesz zainspirować się bardziej? :)