953 odsłon60 komentarzy

Bałkański spleen

Jugosławia

Ta opowieść zaczyna się jakieś 30 lat temu, kiedy jako dziecko jechałam z rodzicami do Stambułu…przez Jugosławię. Nie były to bezpieczne czasy, ale w Rumunii działo się jeszcze gorzej. Potem widziałam zgliszcza. Kontrole wojskowe na granicach. Jako bardzo młodociani dziennikarze w mojej kolejnej bałkańskiej odsłonie, nie wiedzieliśmy, czy pokazywać nasze oficjalne papiery, czy lepiej udawać turystów. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na to drugie. Dopiero jak wojskowy patrol, do dziś trudno powiedzieć, czy nie samozwańczy, zatrzymał nasz stary samochód na polskich blachach na wylotówce z Prisztiny, machnęliśmy legitymacjami. Myśleli, że podrobione, bo takie dzieciaki z nas wtedy były. Ostatecznie skończyło się na 50 dolarach łapówki. Jakoś woleliśmy to niż areszt, chociaż ja byłam ciekawa…zawsze to kolejne doświadczenie.

Bałkany teraz to zupełnie inna rzeczywistość. Sielska Dalmacja latem odwiedzana w hurtowych ilościach przez polskich turystów, Dubrownik i jego mury obronne szturmowane przez azjatyckie wycieczki, Zagrzeb, który przypomina Warszawę sprzed 20 lat – atmosferą, nonszalancją, niedomknięciem w korporacyjne pudełko. To wszystko cieszy oko. Odczarowuje dzieciństwo, kusi powabem nowego uporządkowanego świata UE, który różnią praktycznie już tylko języki, bo wszystko wyczyszczono – z konfliktów i z różnorodności.

Bośnia i Hercegowina

– to tutaj wszystko się zaczęło w 1992 roku. Choć na dobrą sprawę Jugosławia nie miała szans przetrwać bez Tito i w entuzjastycznym huraganie Jesieni Ludów. Socjalistyczna republika proklamowała swoją niepodległość i ruszył krwawy efekt domina.  Widzieliście może „Venuto al modo” (pol. „Powtórnie narodzony” 2012) ? Polecam, żeby złapać trochę atmosfery. Dobra kontra dla Kusturicy, bo Sergio Castellito nie bawi się groteską ani czarnym humorem.

Jest dosłownie melodramatyczny.

Listopadowy układ z Dayton z 1995 roku dzieli kraj na dwie jednostki autonomiczne: Federację Bośni i Hercegowiny i Republikę Serbską, a także dystrykt Brczko. Z punktu widzenia historii i polityki wygląda to logicznie. Z punktu widzenia geografii…popatrzcie na mapę. I drogę na Dubrownik.

Bośnia i Hercegowina jest członkiem ONZ, ubiega się o członkostwo w NATO oraz kandyduje do UE. Teoretycznie oznacza to konieczność posługiwania się paszportem przy przekraczaniu granic. W praktyce do kraju można wjechać nawet na nieważnym dowodzie osobistym. Skąd to wiem? Bo sprawdziłam.

Z Baśka Voda

(cudny kurort chorwacki, który polecam tylko nie w sezonie), całkiem po południu, chociaż wczesnym rankiem, wyruszyłyśmy w stronę Mostaru. Niestety w Mostarze była burza, więc skręciłyśmy na plażę. W zasadzie nudystów. Bo nikogo na niej nie było, oprócz pani w stroju topless, a nawet w wersji całkiem nude. Poczułyśmy się jak w „Seksmisji” na bezludnej wyspie i kiedy nam się już znudziło, wspięłyśmy się na górę do naszego samochodu, który nawet znalazłyśmy po jakimś czasie, rzuciłyśmy okiem na GPS i stwierdziłyśmy, że nasza prywatna plaża nudystów znajduje się całkiem blisko Dubrownika. Jakieś 180 km. Nie było wyjścia, bo w Mostarze najprawdopodobniej trwała burza, a w dodatku obie nie lubimy zawracać. Kierunek naprzód jest jednym słusznym.

– To jedziemy! – powiedziała Kamila.

– To ja jadę – doprecyzowałam, bo jestem mistrzem kierownicy i serpentyny nadmorskie mi nie straszne pod warunkiem, że nie siedzę na miejscu pasażera. Jednak w podróży w parze, człowiek musi iść na kompromisy i w ogóle być empatyczny, o czym właśnie miałam sobie przypomnieć po wielu latach podróży w pojedynkę.

Zmiennicy

– Zmiana – odezwała się Kamila w kolorze zielonym, którego nabrała po jakiś 20 minutach mojej brawurowej jazdy kierowcy rajdowego – jak nie zmiana, to ja nie jadę do Dubrownika! – ucięła wszelkie próby dyskusji. Przeniosłam się grzecznie na fotel, z którego mogłam patrzeć w dół na strome zbocza i błękitne Morze Adriatyckie oraz te wszystkie bajeczne widoki, których doświadcza człowiek przemieszczający się samochodem w malowniczych okolicznościach przyrody i geografii. Zaczęłam oddychać uyaj, wierząc, że przepona będzie masować mój żołądek.

Popłynęłyśmy. Przez meandry rozmowy, wspominając wszystkie podróże, które odbyłyśmy samochodem lub motocyklem, ślizgając się po wijących się drogach kończących się ostrym klifem, rozpływając się w jednocześnie w teraźniejszości. Wczoraj i dzisiaj spotkało się na jednej prostej nieskończonej. Szyber dach wpuszczał do środka samochodu rozgrzane , majowe powietrze śródziemnomorskie. Mówiłam właśnie o Australii, o tym że na motocyklu człowiek nie ma choroby lokomocyjnej, a powietrze drapieżnie zawłaszcza każdy kawałek ciała i, jak wiadomo, są to doznania ekstatyczne.

Puste nationalki w Chorwacji. Ta konkretnie w okolicach ekslawy Neum. Mała Bosnia w drodze na Dubrownik.

Puste nationalki w Chorwacji. Ta konkretnie w okolicach ekslawy Neum. Mała Bosnia w drodze na Dubrownik.

Eksklawa Neum

Bośnia i Hercegowina posiada dostęp do Morza Adriatyckiego na około 20-kilometrowym odcinku wybrzeża w okolicy miejscowości Neum – jedynym nadmorskim kurorcie tego państwa. Oddziela on część chorwackiego terytorium z Dubrownikiem od reszty kraju, a od lipca 2013 roku stanowi unijną eksklawę.

Esklawa Neum w drodze na Dubrownik. Tutaj rozciąga się Bośnia i Herzegownia.

Neum

– Bramki – przerwała mi Kamila – masz kartę gdzieś na wierzchu?

Schyliłam się pod fotel i zanurkowałam w chaos mojej torby. Jabłko, banan, mokry dół od kostiumu, ręcznik zafarbowany na biało od nadmorskiego żwirku. Gdzie jest porfel?

– Eeee, nieczynne! – żachnęła się Kamila i spojrzała na swój biustonosz od bikini. Nie widziałaś mojej bluzki? Nie będę chodzić po Dubrowniku na golasa.

Wtedy usłyszałyśmy gwizdek, a Kamila zahamowała tak gwałtownie, że omal nie walnęłam głową w szybę. Przed nami stał mundurowy z lizakiem policyjnym. Całkiem przystojny i całkiem niezadowolony. Wyglądał przez to nawet bardziej męsko.

– Cholera jasna! Zostawiłam dowód rejestracyjny w hotelu! Chyba, że jest w bagażniku. To może ty poszukaj, bo jesteś bardziej ubrana – rzuciła przez ramię Kamila, robiąc w międzyczasie słodką minę do policjanta. Faktycznie biodra obwiązałam sobie sari, ale mokre kąpielówki leżały na tylnym siedzeniu, całe szczęście, że nie dyndały na antenie.

– Na pewno nie przekroczyłyśmy prędkości, bo zahamowałam przecież przy bramkach – zagaiła lizakowego. Czyżby chodziło o nasz nieprzyzwoity strój?, pomyślałyśmy obie, patrząc na tylne siedzenie, na którym suszyła się nasza dolna część garderoby.

– Widziałaś oznaczenia? – zapytał tymczasem groźnie mundurowy, w ogóle nie odnosząc się do poprzedniego zdania.

– Widziałam. Po prawej dla osobowych, a po lewej dla ciężarówek.

– A innych nie zauważyłaś? – spytał chyba retorycznie, bo od razu dodał – dokumenty! Będzie was to kosztować 1500 euro.

– Ale co?!! – nie zdążyłam szturchnąć łokciem Kamili.

Granica w drodze na Dubrownik

Byłyśmy na granicy. Ona miała dowód osobisty, a ja prawo jazdy, legitymację dziennikarską….oraz nieważny dowód osobisty. W sumie razem byłyśmy kompletne. Na poczcie nigdy nie patrzą na datę, przypomniałam sobie, podając dokument.

Strażnik popatrzył na nasze papiery i podsumował:

– Kierowca może jechać. Pasażer nie. 1500 euro to opłata za posługiwanie się nieważnym dokumentem tożsamości, ale jak pasażer zawróci, to przymkniemy na to oko.

– Pasażer nie zawróci, bo nie będzie szedł na piechotę 200 kilometrów – zauważyłam przytomnie – mam jeszcze prawo jazdy i legitymację dziennikarską.

Przeczytał: SDP hereby kindly request all who it may concern to provide the bearer of this press ID with all assistance that may be deemed necessary while abroad.

– Hmm…- zmienił wyraz twarzy i stał się jeszcze bardziej przystojny – ale dowód jest nieważny od października. W Polsce to nie jest karalne? Czy dziennikarze mają inne prawa?

– Prawo jazdy jest bezterminowe. Jeszcze mam paszport. Został w hotelu.

– Ale przecież mieszkasz w Polsce.

– W zasadzie rzadko – powiedziałam i przemknęły mi przez myśl wszystkie granice, które przekraczałam. Było ich chyba 77. Na tych granicach zostało moje serce, a one w międzyczasie pozmieniały kształty, waluty, ustroje i nazwy. W międzyczasie wydarzyła się historia i moja własna wpisana w te metamorfozy. Każda z nich nadal trwa.

Border between El Salvador and Honduras. One of my favourites as these two counties 😘 It’s exactly how it looks like when you cross the bridge ❤ The whole process is smooth, the guards at the boder welcome, smiling and kind of surprised 😉. Visually that border reminds the northern one between Thailand and Laos. The sad news is that I’ve lost the great part of my photos. The good one I may get the new ones in Mongolia 😍 . . . #hamaklife #Honduras #elsalvador #igcentralamerica #gobackpacking #girltravel #solotraveler #travelblogger #nature #naturephotography #landscape #landscapephotography #redriver #mountains #bordercrossing #travelphoto #centralamericatravel #polishtravelblogs #beautifulday #adventure #followme #instatravel #igcentralamerica #ighonduras

A post shared by Dominika Sidorowicz (@hamaklife) on

Ładne zdjęcia

obiecuję dodać wkrótce. Mam taki pomysł, żeby przywrócić moją dawną witrynę fotograficzną i pokazać Wam więcej obrazków, ale każda podróż generuje kolejne…a życie toczy się dalej ;).

Zaglądajcie tymczasem
Instagram i FB

Autor: Dominika Sidorowicz

Piszcie do mnie w sprawie przygód! 🙂

Chcesz zainspirować się bardziej? :)