fbpx
3 420 odsłon46 komentarzy

Szamani z importu

Spotkanie z szamanem. Inkaskim.

Niski. Pękaty. W cywilu. Jak ci Indianie peruwiańscy, co grają na ulicach. Na fujarkach.
W pióropuszach. A ten w cywilu. Czerwona koszulka i dżinsy. I tłumaczka – koleżanka – dawno niewidziana. Ucieszyłam się. Widać, że jego hiszpański – język wyuczony. Słychać i czuć. W wibracji każdej sylaby. Dobrze. Jakby szeptucha mówiła piękną polszczyzną, pewnie bym powątpiewała w jej autentyczność. A tak lepiej.

Khao San Road, Bangkok, Thailand

Khao San Road, Bangkok, Thailand

Handlarka uliczna na Khao San Road sprzedaje odpust, rdzenną kulturę albo zbawienie.

– No estoy aqui para convenceros – przedstawił się – No estoy aqui para monstrar algo. Ni para hacer milagros. Estoy aqui para ayudar. Solo para los que quieran. Si alguien necesita mi ayuda, voy a aydarle. Si no – no.
/ Nie po to tu jestem, żeby was przekonać. I też nie po to, żeby cokolwiek zademonstrować. Nie przyszedłem tutaj, żeby czynić cuda. Chcę tylko pomóc. Tym, którzy chcą. Jeśli ktoś potrzebuje mojej pomocy, to ją dostanie. Jeśli nie, to nie.
Czytelny komunikat. Wyartykułowany powoli, charyzmatycznie, z akcentem na każdą sylabę.

Opowiadał o rytuałach szamanów inkaskich.

Szamani naturalni leczą żywiołami. Żyją w jaskiniach, w górach, w skałach, na połoninach. Pustelnicy – szaleńcy. Tego nie mówił. Naturales – podkreślał./ Ci prawdziwi./ Szamani del pueblo (wioskowi) i szamani miejscy leczą ziołami, miksturami. W wolnym przekładzie na kulturę białego ci pierwsi to duchowni, ci drudzy – lekarze. Przekład bardzo wolny, a różnica bardzo znacząca.

Khao San Road, Bangkok, Thailand

Khao San Road, Bangkok, Thailand

Tutaj w wersji bardziej trendy.

Szamani naturalni kurują ciało fizyczne, mentalne, emocjonalne i astralne – del aura.

Zakopują w ziemi na tak długo, jak to konieczne. Ziemia absorbuje toksyny. Rozpuszcza je. Potem próba wody. Piętnaście sekund zanurzenia ciała w temperaturze bliskiej zera. Tego nie powiedział. W tak zimnej, że sople lodu osadzają się na włoskach – tak to ujął. I tak pięć razy. Ostatni raz na pięć minut, ale wtedy ciało już nie czuje zimna. Jest rozgrzane. Woda zmywa emocje. Czyści je. A potem un pasaje del fuego/ próba ognia/. Przejście przez ogień. Ścianę ognia precyzyjnie. Ogień wyzwala od strachu. Spala lęk.

– Nie wytrzymalibyście tego – podkreślił.

Nie wątpię. Dobrze, że wyjaśnił, ale potem dodał o pulmones. Płuca białego człowieka potrzebują więcej tlenu, a może mniej rozrzedzonego. Płuca Indianina są jak skrzela. Oddychają na ośmiotysięcznikach. Dlatego zdobywanie mount everestów jest tak męczące. I nie chodzi tu o lęk wysokości czy otwartej przestrzeni – niektórzy mają, choć ciężko mi to sobie wyobrazić – chodzi o zwykłe fizyczne zmęczenie. Biały zdobywający andyjskie szczyty staje się Indianinem. W Nepalu – nepalskim Indianinem. Taki biały zamienia swoją krew na czerwoną. Traci szlachectwo człowieka zachodu. Staje się dzikim, innym, pierwotnym, nadnaturalnym albo Yeti – przechodzi transformację, a ściśle rzecz ujmując, przepostaciowienie. Tego nie mówił, skończył na ogniu.

– To nie dla was – objaśnił z wyższością, a może po prostu zgodnie z prawdą – Tam wysoko, siedemdziesięciolatek – moja koleżanka się pomyliła w translacji – sześćdziesięciolatek – powiedziała, może nie mogła uwierzyć w to nieprawdopodobne porównanie, więc siedemdziesięciolatek szybciej biega na wysokościach niż un jovencito desde aqui – niż młodociany Polaczek, chociażby.

Jak już jesteśmy przy zdrobnieniach:

– Unas preguntitas? – zapytał. Jakieś pytanka?- przetłumaczyła. Ano były. O roślinę, którą się spożywa w trakcie rytuału.
– Czy to pejotl?
– No es una droga ni un halucinante/ to nie narkotyk ani środek halucynogenny/- zaprzeczył – es para curar/ jest lecznicza.

Czy uwierzyli?
Otwierał czakry. Ciągnął za włosy. Ciągnął za uszy.

– Masz mokre uszy, powiedział do łysego chłopaka, który zapytał, jak można otworzyć czakrę korony, jak nie ma, za co pociągnąć.

– Zawsze jest za co. Zwłaszcza u mężczyzny. Złogi spływają ci do uszu.

Khao San Road, Bangkok, Thailand

Khao San Road, Bangkok, Thailand

Kup pan, panie!

No tak, a potem idą niżej, pomyślałam.
I wtedy odezwała się kobieta z sali:
– A ona wcale nie ma teraz większej czakry niż wcześniej. Raczej mniejszą, zauważyła a propos kobiety po zabiegu udrażniania czakry korony.

– Jest taka, jak być powinna, wyjaśnił inkaski szaman, dziękujemy pani, że pani widzi czakry.
Czy w myślach dodał: to wielki dar, czy mruknął pod nosem; stara ściemniara. Nic nie widzi. Uzurpuje. A on? Czy uzurpuje? Czy leczy chorych?

– Każdy coś ma. Każdy ma chore któreś z ciał. Jeśli jesteście zdrowi, bądźcie wdzięczni, podsumował.
– Czy ktoś ma problemy ze snem? – zapytał jeszcze, ręka w górę. I patrzę osiemdziesiąt procent ludzi (w skali próby) ma problemy ze snem. Na moje oko prawie wszyscy na tej sali mieli problemy. Niekoniecznie ze snem. Dziękujemy pani, że pani widzi takie rzeczy, tak nie powiedział.

– A zapytał pan tak dla swojej informacji czy żeby pomóc? – wyrwał się ktoś ze zgromadzonych.
– Oczywiście, żeby pomóc.

Czy wrócili do domu i spali lepiej? Mocniej? Bardziej jednostajnie? Czy wreszcie spali po spotkaniu z szamanem? Nie wiem. Ja tylko cztery godziny. Cudownie rześka się obudziłam, ale ja nie mam problemów ze snem. Ja śnię na jawie. Szkoda mi czasu na senną rzeczywistość. Nie mogę się doczekać, kiedy się obudzę i zacznę spełniać swoje sny. Zasypiam podekscytowana i budzę się podekscytowana. Na świecie jest tyle cudów, o których nie śniło się filozofom. Choćby taki inkaski szaman i andyjskie wysokości.

Vaya con Dios!

To tylko jedna z szamańskich przypowieści. Z pewnością istnieje wiele innych. Odmiennych perspektyw i doświadczeń. Oraz stanów świadomości…Ayahuaskę i ceremonie indiańskich szałasów potu, czyli łaźnie parowe wraz z dobudowaną do nich ideologią egzorcystyczną znam tylko z literatury i relacji osób trzecich. A Wy? Jakie są Wasze wspomnienia przygody z szamanem?

Autor: Dominika Sidorowicz

Piszcie do mnie w sprawie przygód! 🙂

Chcesz zainspirować się bardziej? :)