fbpx
1 883 odsłon24 komentarze

Notatki z życia backpackersa. W Chinatown.

Społeczność mojego hostelu w China Town w Bangkoku tworzyli ludzie, wśród których próbowałam się bezskutecznie odnaleźć. Bardziej wariaci niż podróżnicy. Może udzieliła im się atmosfera pobliskiego dworca?

A dlaczego wybrałam hostel właśnie w tamtych rejonach? Właśnie ze względu na położenie.

Dworzec kolejowy w Bangkoku

Tajskie pociągi kursują nie tylko po Tajlandii. Można nimi dojechać np. do Laosu albo Malezji.

Wygodnie i tanio.  Na dłuższych trasach wybor sprowadza się do kuszetki z fanem albo klimą. Teoretycznie. W praktyce pociągi często mają wagony tylko z jedną opcją. W drugiej klasie można się ulokować na dolnej albo górnej pryczy. Przedziałów brak. Wagony są otwarte. Górne łóżko jest tańsze i wygodniejsze…gdyby nie jeden zasadniczy minus: światło na górze pali się przez całą noc.

Tak wygląda wnętrze takiego wagonu. Bez rybiego oka ani rusz ;).

Wnętrze tajskiego pociągu. Ten akurat kursuje od granicy z Laosem do Bangkoku.

W okolicach dworca utknął m.in

młody hippis noszący bardzo duże pierścionki w ilości 5 sztuk, za wszelką cenę starający się zatuszować swoją przystojność, co dzięki przetłuszczonym włosom oraz dziurawym szmatom całkiem mu się udawało. Deklarował się jako mieszkaniec Kalifornii i jego akcent w zasadzie to potwierdzał, natomiast jak na hippisa wysławił się zdecydowanie zbyt dystyngowanym angielskim. Lubiłam go słuchać, bo dzięki niestosowaniu ani grama slangu był w 100 % zrozumiały i przejrzysty.
Gdyby się umył, ogolił i przestał udawać, kogoś kim nie był, plasowałby się zdecydowanie w moim typie.

Innym dziwolągiem był mitoman, perorujący tekstem z dziewiętnastowiecznego romansu angielskiego, tyle że z bardzo mocnym niemieckim akcetem i wąsikiem a la Hitler w okresie pokwitania. Ów Niemiec utrzymywał, że jest Anglikiem z Londynu, choć przy innej okazji wspomniał, że jego nauczyciel angielskiego zachęcił go do podróży do Azji. Oczywiście równie dobrze jego nauczyciel angielskiego mógł być niczym mój nauczyciel polskiego, jednak ja po angielsku nie mówiłam z niemieckim akcentem. Młodzian ów, myślę że w okolicach spóźnionej trzydziestki, nauczał wszystkich w krąg, jednocześnie ich uwodząc w tym rozpaczliwym stylu za wszelką cenę i nie przebierając w środkach ani wymaganiach. Jako królewna w typie picky, nigdy nie mogłam zrozumieć mężczyzn, którzy absolutnie lecieli na wszystkie kobiety…i wszystkich facetów. Jest w takich ludziach coś perwersyjnie niepojętego – zachłanność, nienasycenie, obżarstwo z Wielkiego Żarcia.

Dworzec pociągowy w Bangkoku.

Czekamy na Godota.

Pociągiem można również dojechać na lotnisko Don Muang. Za 15 bahtów. Dla odmiany taksą za ok. 350. To zresztą ten sam pociąg, który jedzie do Chiang Mai. Kursuje co 20 minut. Ostatni odjeżdża o 22.20.

Niezwykle przyjazny, i słaby w komunikacji werbalnej i niewerbalnej, prawdopodonie Koreańczyk, który wiecznie mnie zagadywał w momentach, kiedy w ogóle nie miałam ochoty być zagadywana. Siedziałam zamyślona, notująca lub przeszukująca sieć w poszukiwaniu wskazówek logistycznych (bo na to w podróży w pojedynkę będzie marnować najwięcej czasu), kiedy on zaczepiał mnie swoim enigmatycznym angielskim z chińską gramatyką i koreańską wymową. Ni ch..ja nie wiedziałam, co miał na myśli. Za każdym razem więc interpretowałam to jako: choć sobie pogadamy, bo mi się nudzi i chcę poćwiczyć swój angielski.

– Aha – odpowiadałam, co oznaczało – jasne, ale ja sobie teraz popiszę, wiesz, poza tym lepiej Ci będzie szło z nativem.

Dawno zauważyłam, że rodzimi użytkownicy angielskiego lepiej sobie radzili z użytkownikiem wykręcającym ich język francuskim kluczem stosowanym do krzyżowego gwintu, bo podróżując, przyzwyczajali do tzw. angielskiego międzynarodowego. Dla mnie wciąż była to trudność. Nie znam żadnego języka azjatyckiego. Niemcy mówili na ogół bardzo dobrze po angielsku i z godnością znosiłam ich akcent; podobnie Skandynawowie i Izraelczycy, inne języki europejskie byłam w stanie w mniejszym lub większym stopniu rozumieć w oryginale, azjatycki angielski wciąż stanowił dla mnie wyzwanie.

Dworzec kolejowy w Bangkou

Z wrażenia aż hamak fiknął.

Z Don Muang lata Air Asia – najgorsza linia lotnicza zaraz po Wizzarze i warto jej unikać jak ognia. Tanie bilety w praktyce stają się bardzo drogie, jak doliczy się opłatę za bagaż i za jedzenie, bo w Air Asia nawet woda jest płatna. Poza tym te linie mają duże opóźnienia, więc jeśli śpieszy się wam na kolejny samolot…to sobie skalkulujcie koszty biletu, który może wam przepaść. Wybierajcie lepiej Malindo albo Liona. Ceny niższe, bagaż wliczony, lepszy standard.

Piegowata Australijka była śliczna i z nierozumiałych dla mnie powodów wiecznie chodziła narąbana. Tańczyła na stole ku uciesze okolicznych Chińczyków, którzy zaśmiewali się głośno i w sposób jeszcze mniej cywilizowany niż nieprzystojne ruchy tancerki. Przyznam, że zabawną koncepcją było umieszczenie iPhona w koszu na śmieci w celu uzyskania lepszej akustyki.

W moim pokoju na dolnej pryczy rezydowała emerytka, nie wiem jakiego pochodzenia, ale po zapachu kiełbasy i czosnku, który wydzielała, byłam skłonna przypisać jej proweniencje z kraju wursta. Chodziła spać o 19 i wstawała o 5 rano, bo o tej porze spotkałam ją w kiblu, co okazało się szczęśliwym zbiegiem okoliczności, bo brnąc w półśnie i pół mroku do wucetu, zapomniałam karty magnetycznej do mojego pokoju. Mniej szczęśliwym zrządzeniem losu było to, że odkręcała klimatyzację na full i zanim udało mi się rozbroić pilota, rozchorowałam się sromotnie po piekielnie upalnym Laosie, w którym oczywiście z upału i komunizmu żadna klimatyzacja nie działała. Pani emerytka najwaźniej w świecie nie doświadczyła Laosu i łagodny skwarek Bangkoku odczytywała jako wymagający potrafktowania go lodową gaśnicą 16 stopni. Dzielił nas wiek i konflikt interesów. Jednak dzięki niej nie czułam się najstarsza w całym hostelu, co w chwilach ogólnego zmęczenia materiału, stawało się moim galopującym kompleksem. Starość człowieka poznaje się po tym, że nie potrzebuje on alkohlu, papierosów i seksu dostępnego w podróży w każdym hostelu na każde skinienie, a za to potrzebuje minimum 7 godzin snu. Przerażała mnie ta obserwacja.

Dworzec kolejowy w Bangkou. Zatłoczony do granic możliwości.

I fika nadal…Komu soczek, a komu ciasteczko?

Na dworcu jest wesoło i tłoczno. Tajowie najwyraźniej lubią tam spędzać czas i trudno znaleźć na to sensowne wytłumaczenie, bo pociągi kursują punktualnie i często. W ogóle podróżowanie po Tajlandii to bajka i luksus…zwłaszcza w porównaniu z przemieszczaniem się po Indonezji.

W tym całym miszmaszu jedyna osoba, która mogłaby mnie skłonić do tańca, a na pewno skłaniała mnie do tanecznego rozchuśtania wyobraźni, pochodziła z Jamajki i przywiozła do Bangkoku Jamajkę.

Rama miał czarujący uśmiech, piękne białe nieco drapieżne zęby – to jest ta przewaga Mulata nad białym, że ten pierwszy zawsze ma bielsze zęby, lśniące długie kręcone wlosy, którym do łysiny brakowało jakiś 10 lat, wąskie elastyczne ciało jogina…i takie ruchy skradajaco się – tańczące. Długim palcami poprawiał kolorowe bransoletki w ilości umiarkowanie minimalistycznej i wyróżniał się na tle innych mieszkanców hostelu brakiem tatuaży, czyli innymi słowy zdrowy rozsądkiem. Lubiałam na niego patrzeć i lubiłam milczenie, które dzieliliśmy, marząc.

Nie zapytał: where are u from? How long are u staying? Where have u been?/ Skąd jesteś? Gdzie byłaś? Jak długo się szwędasz?/ Nie zadał żadnego z oczywistych pytań, których przewidywalnie nudne schematy zero jedynkowe słyszy się wielkorotnie w każdym hostelu, w każdym kraju, w każdej podróży – wciąż.

– I like what u are writng about/ Lubię to, co piszesz – powiedział trzeciego dnia przy śniadaniu, które spędzaliśmy w tradycyjnym, kontemplującym milczeniu.

– How do u know what I’m writing about? / A skąd wiesz, o czym piszę?- udałam zdziwienie, przełączając się odruchowo na lewą półkulę, w używaniu której byłam ćwiczona od dzieciństwa, od czasów ogłupiającej tresurą szkoły nr 305 pod wezwaniem sadysty.

– I can feel it. The frequency is nice. Floating with colors. Smoothly vibrating./ A tak jakoś czuję. Częstotliwość jest przyjemna. Płynie z kolorami.

Music to my ears this Jamaican speech – pomyślałam, przyglądając sie nieśpiesznie przemykającym pod moimi stopami chińskim karaluchom.

Autor: Dominika Sidorowicz

Piszcie do mnie w sprawie przygód! 🙂

Chcesz zainspirować się bardziej? :)