Reportaż

3 555 odsłon49 komentarzy

Czerwona ziemia, granaty i butelki z benzyną

Muzeum Plac zabaw naprzeciwko Min Lądowych w Kambodży
Landmine Museum to mały barak gdzieś na wygwizdowie kambodżańskim w odległości ok. godziny jazdy skuterem od Siem Reap. Otwiera wam naburmuszona pani (też nie byłabym szczęśliwa, spędzając kilka godzin w takiej scenerii), płacicie 5 $ (w Kambodży praktycznie nie używa się rieli, chociaż wydaje się w nich resztę) i oglądacie arsenał. Zgromadzony tam przez Aki Ra - człowieka z traumatyczną przeszłością i szczytną ideą. Nie ma w nim butów, pasiaków, drewnianych nóg ani połamanych okularów. Czytaj dalej
2 631 odsłon30 komentarzy

Muay thai tango

Lumpini zaczyna kipieć po 21. Tajowie nie przychodzą oglądać piętnastoletnich dzieciaków w klasie juniorów, którzy startują ok. 18.30. Każdy hazardzista - bo Tajowie przychodzą tu grać - wie, że to tylko preludium. Rozgrzewka. Gra wstępna. Nie warto tracić czasu na takie bzdety. Przychodzą tutaj, żeby przegrać całą pensję w jeden wieczór. Albo wygrać, żeby grać dalej. Czytaj dalej
2 525 odsłon22 komentarze

Mistyczny jarmark, pogrzeb i slow life na Bali

Slow life na Bali, czyli głodne. najedzone bóstwa lokalne.
Zanim tu przylecieliśmy, sporo czytałam o Bali. O rytuałach i obrzędach hinduistycznych. Ceremoniach innych niż w Indiach - poinformowała mnie bardzo sympatyczna studentka z Polski, bo na Bali oprócz Australijczyków są i Polacy - mamy zaplanowane zwiedzanie wszystkich świątyń - pokazała mi przewodnik Pascala - no i bardzo, ale to bardzo chciałabym zobaczyć prawdziwy balijski pogrzeb! Marzę o pogrzebie! Czytaj dalej
6 830 odsłon31 komentarzy

Me llaman calle. Soi Cowboy. Historia tysiąca i jednej nocy.

Soi Cowboy w Bangkoku to tutejsza ulica czerwonych latarni. Miniatura Patpongu. Soft porno. Prawie eleganckie. Prawie romantyczne. Ta krótka uliczka, przy której mieści się ponoć tylko 40 klubów go go, znajduje się tuż przy stacji metra Sukhumvit. Między Soi Asoke a Soi 23. "Soi" oznacza ulicę po tajsku, a ulice zamiast nazw bardzo często mają po prostu numery. Ta została ochrzczona "pseudonimem operacyjnym" amerykańskiego lotnika (Edwardsa), który w latach siedemdziesiątych ... Czytaj dalej
2 849 odsłon23 komentarze

Szamani z importu

Kobiety w tradycyjnych strojach z Północy Tajlandii sprzedają lokalne wyroby na Khao San Road w Bangkoku.
Spotkanie z szamanem. Inkaskim. Niski. Pękaty. W cywilu. Jak ci Indianie peruwiańscy, co grają na ulicach. Na fujarkach. W pióropuszach. A ten w cywilu. Czerwona koszulka i dżinsy. I tłumaczka – koleżanka – dawno niewidziana. Ucieszyłam się. Widać, że jego hiszpański – język wyuczony. Słychać i czuć. W wibracji każdej sylaby. Dobrze. Jakby szeptucha mówiła piękną polszczyzną, pewnie bym powątpiewała w jej autentyczność. A tak lepiej. Czytaj dalej
3 210 odsłon38 komentarzy

One dollar baby

Khmerskie dzieci nad jeziorem Tonle Sap.
Mali Khmerowie z wiosek, do których biały trafi omyłkowo albo kierowany dziwną żądzą ciekawości i chęcią skręcenia gdzieś w bok poza odminowane szlaki – (i dlatego właśnie na ogół trzyma się bezpiecznych turystycznych rewirów) – są wycofani, obojętni. Jakby tkwili w jakimś letargu, zaprzeczeniu, indyferentności. Jakby na przekór agresywnym akwizytorom i przedsiębiorczym żebrakom postanowili zastygnąć w apatyczną bierność. Czytaj dalej