fbpx
2 807 odsłon24 komentarze

This is the final call

                                                                                     „Keep looking! Don’t settle !”/ Steve Jobs

Rano

popijam kawę i napełniam wodą 2 małe butelki. W hostelowej jadalni stoi taki baniak z kurkiem jak w polskich przychodniach. To wygodne rozwiązanie, choć w Malezji można pić wodę bezpośrednio z kranu.

Jest uzdatniana – dowiedziałam się jeszcze w Bangkoku od przystojnego Malezyjczyka, z którym przegadaliśmy wtedy całą noc w towarzystwie tajskich szczurów i karaluchów. On sączył piwo – bo w Tajlandii jest wielokrotnie tańsze, więc gromadził promile na zapas – a ja się zastanawiałam, gdzie mam jechać pociągiem z pobliskiego dworca. Wymęczona przez nagłe zwroty akcji, spontaniczne pomysły, życie w biegu i lekkim hardcorze, całkiem poważnie rozważałam jakąś łatwiznę. Np. Trang i stąd Koh Lipe  albo Surat Thani i odwiedzenie Toby na Ko Pha Ngan. Mogłybyśmy zupełnie nic nie robić. Jak w Luang Prabang albo nawet jeszcze mniej. Toby chodziłaby na masaże, odwyki i przeczyszczania jelita, a ja bym sobie pisała i rozmyślała nad sensem życia. To by mogło być dobre rozwiązanie.

Tymczasem dowiadywałam się właśnie, że żywot gejów w islamskich, choćby cywilizowanych krajach, do prostych nie należy, a akcyzę na sprzedaż alkoholu dzierżą głównie Chińczycy. Kiedy po raz kolejny odmówiłam piwa, Maz wpadł na rozwiązanie moich wszystkich problemów, zwanych dalej dylematami podróżniczymi.

–  You don’t drink, don’t you? – upewnił się jeszcze na wszelki wypadek – If so, go to Malaysia! – wypalił z przekonaniem./ /Nie pijesz alko, prawda? W takim razie jedź do Malezji./

– The train is temporarily cancelled. It goes only to the border/ Pociągi chwilowo kursują tylko do granicy/ – byłam naprawdę zmęczona, zwłaszcza o 4 nad ranem.

– Take the plane, then./ No to samolotem.

– Air Asia is killing me! I need a luxury. For a change/Air Asia mnie dobija! Naprawdę potrzebuję trochę luksusu. Tak dla odmiany/ – zabiłam komara na lewym ramieniu…i na prawym.

– We smoke so much to prevent from insects. If you go to Malaysia, you’ll see./ Palimy tyle fajek, żeby wystraszyć komary. Jak pojedziesz do Malezji, to sama się przekonasz./

– That’s not the best recommandation of your country/ To nie najlepsza rekomendacja/ – zauważyłam z przekąsem.

– You will love it! Belive me! And take the Lion or Malindo Air instead!/ Zobaczysz, że będzie ci się podobać! Mówię ci! I leć Lionem albo Malindo/ – ziewnął i podniósł się z krzesełka tanecznym ruchem, przesyłając buziaka na good bye.

Dżungla mazlezyjska w porze deszczowej

Jak tu nie pokochać takiej Malezji?

Następnego dnia kupiłam bilet do Denpasar. Co prawda nie było tam komarów, taniego alkoholu również, dym kadzideł skutecznie zastępował papierosowy, ale był to najtańszy bilet, jaki można było kupić z Bangkoku. I w dodatku nie Air Asia – uff! To uff nie trwało jednak długo, a w zasadzie w Indonezji zmęczyłam się jeszcze bardziej, i jak po miesiącu wyleciałam stamtąd do Malezji, to trafiłam dokładnie w ramki opisu Maza.

Teraz wracałam do Dżakarty. Wszystko w cenie kuszetki Warszawa- Świnoujście. Przez 2 tygodnie spędzone w tym nadmorskim kurorcie w sierpniu, wydałam tyle co przez miesiąc w Laosie. W tym drugim płaciłam za transport i noclegi. W tym pierwszym tylko za jedzenie dla niejadka. Patrząc z tej perspektywy, Indonezyjczycy mają rację – mieszkańcy Europy to nadziani frajerzy.

Mgła w Cameron Highlands. Opowieść malezyjska.

Cameron Highlands wiecznie we mgle.

Kilka retardacji później

Tymczasem ostatnia malezyjska kawa – nawet tania hostelowa tu smakuje wyśmienicie – ostatni naleśnik z bananem i ostatni autobus na nieostatnie lotnisko.

– Are you going to the airport, now?/ Jedziesz właśnie na lotnisko?/ – słyszę za swomi plecami, jak gapię się w tablet i upewniam, że na pewno jadę na KLIA 1 a nie KLIA 2. Umiejętność trafiania na właściwe lotniska przydaje się w niektórych okolicznościach.

– I believe so/ Chyba tak/ – odpowiadam, jednocześnie przełykając to uczucie słodkiej nostalgii i gorzkiej tęsknoty. Kubki smakowe wchodzą w jakąś dziwną symbiozę z sokami trawiennymi i kanalikami łzowymi, zamierzając spaść do moich stóp z hukiem wodospadu. Bo wyjeżdżam z miejsca, które pokochałam i wiem, że nie prędko tam wrócę, bo to nie Hiszpania, Francja, Izrael czy inna sąsiednia ulica. Więc nie dowierzam, trzymam w ręku bilet, patrzę na te napisy: KUL- CGK i ten trzeci, który się z nich wyłania – jest ich konsekwencją – WAW i nabieram podejrzeń, że ta konsekwencja zatrzyma mnie znów na dłużej w punkcie, który kojarzy mi się z powrotami i pożegnaniami.

– Would you mind if I join you? Zamyśliłam się nad powyższym akapitem i nie odpowiadam od razu, więc dodaje przekupnie na zachętę – I can carry some of your stuff, no problem./ / Mogę się przyłączyć? Wezmę od ciebie trochę gratów do noszenia/

– That’s awesome! That will be the first and probably the last time in this trip, bo całkiem się odzwyczaiłam w tej Azji od Europy i w dodatku oszczędzałam na indyjskich i indonezyjskich tragarzach. Back home is Scandinavia ? – ryzykuję guess, bo przede mną stoi wysoki blondyn./ Świetnie! Będziesz moim pierwszym i ostatnim tragarzem. Jesteś ze Skandynawii?/

– Back home is Singapur. Haven’t been to Europe for 10 years!/ Z Singapuru. Nie byłem w Europie od 10 lat!/ – zarzuca sobie na plecy mój ekwipunek, a na drugie ramię mały plecaczek. Ja na moje bary, które sięgają mu do łokcia, swoją podręczną dziurawą kostkę i biegniemy na metro. Tj. ja biegnę, bo on idzie.

– Hey! Wait! There are almost 4 hours to the flight. We have time! / Stój! Mamy prawie 4 godziny do samolotu. To kupa czasu!/– pokrzykuję w kierunku oddalających się pleców, które przysłaniają mi widok.

– Mine is in less than 3…/ Mój odlatuje za niecałe 3/ – zatrzymuje się i odwraca, a ja się lekko podtapiam w jego stalowym spojrzeniu, które wcale nie jest twarde.

Opowieść malezyjska jeszcze trwa

bo już choć nadal siedzimy w miejskim metrze. Ja po raz ostatni rozglądam się po wagonach wypełnionych kobietami w chustach i Chinkami w krótkich spódniczkach z wysoko podciągniętymi  podkolanówkami, a on (no właśnie jak się nazywał, bo zupełnie zapomniałam przez tę stal) pewnie tu wróci za parę tygodni. Pewnie do tego czasu już to wrócił kilka razy.

Siedzimy i nie wiem, ile to trwa, nie pamiętam, ile pociągiem jedzie się na główny dworzec przesiadkowy, bo w poprzednią stronę wzięłam bezpośredni drogi autobus (za 10 albo 16 ringit – musze poszukać biletu, żeby sobie przypomnieć różnicę w brzuszkach), który utknął w korkach (autobus, bo bilet w bałaganie) i jechał przez deszcz długo, nudno i nostalgicznie. Teraz jest stanowczo za krótko, choć nostalgicznie jeszcze bardziej. Dalej chcę słuchać o studniach w Afryce i o wielkich azjatyckich metropoliach i o tym życiu rozpiętym na kontrastach, niedowierzaniach (moich) i przygodach, o których opowiada.

Wysiadamy, wybiegamy właściwie, bo akurat zatrzymała nas sudańska susza w Dżubie i się zagapiliśmy, że to już, tutaj w Kuala Lumpur w porze deszczowej ten przystanek. Ten przecinek w drodze na lotnisko. Na to samo lotnisko – węzeł gordyjski różnych szlaków podniebnych i różnych życiorysów, które się spotykają w hali przylotów i odlotów, zahaczając o siebie skrzydłami przypadkowości. I wpadamy do autobusu w biegu przez jakieś barierki, na które się wspinam i ciężar małego plecaczka z aparatem przefikołkowuje mnie na drugą stronę. Butelka z wodą wypada na chodnik i eksploduje w fontannę. Jesteśmy mokrzy, choć bardziej ja, i rozbawieni, bo a nuż odlecą nam wszystkie samoloty i będzie przygoda. A poza tym po suszy, kąpiel jak znalazł. Dobrze, że kierowca autobusu tak się zagapił na moje fikołki, że nie zdążył odjechać, a my machamy i śmiejemy się. I dobrze, że to Malezja, choć może właśnie źle. Już sama nie wiem.

Wskakujemy więc w otwarte drzwi – ja z kolorowym przebiśniegiem siniaka na kolanie i we trójkę podziwiamy jego kolory. Zmieniają się szybko – od żonkilowego przez łodygowy, żeby finalnie zakończyć swój rozkwit w narcyzie fioletu. I dalej jedziemy na lotnisko. Teraz jesteśmy w Hong Kongu, ale już za chwilę będzie Szanghaj. Ja coś wtrącam o ptaku kiwi i przypominają mi się australijskie Greyhoundy. Czuję się z powrotem w interiorze, a ten samolot zupełnie o nim zapomniałam. Nie tylko ja. Bo właśnie dojechaliśmy. Ostatnia stacja. Koniec trasy. Nie widać hali ani nie słychać huku startujących silników. Patrzymy zgodnie na kierowcę. Ten zerka na moje kolano. Kwiatek już rozkwitł.

– Which way to the airport?/ Którędy na lotnisko?/ – podciągam głosem jego wzrok nieco wyżej.

– To the airport?/ Na lotnisko?/ – dziwi się. Zamieniamy nasze spojrzenia w znaki zapytania albo wykrzykniki. W jednym oku wykrzyknik, w drugim question mark.

– You bought your tickets to the terminal. And here it is./ Kupiliście bilety do stacji końcowej. To tutaj./

Znowu jestem prawie na lotnisku w Nowej Zelandii. Prawie, bo jeszcze w czasie niedokonanym. Zakleszczona w samochodzie, który wciąż może nie zdążyć. W korku sunącym jak leniwy wąż. W innym życiu. Potoki żelaźniaków rozlewają się w mojej wyobraźni jak zegary Dalego  i zaczynają kapiać ze stołu, tworząc na podłodze nowy kształt. Innego scenariusza. Kropla do kropli innej drogi. Bocznej furtki, którą gdzieś tam kiedyś przegapiłam. A w zasadzie tylko, aż, nie pociągnęłam za klamkę, chociaż moja dłoń obejmowała już jej obły, ciepły kształt.
Klatka stop.

– I will go back. In the 5 minutes – odzywa się oddźwierny – you may stay and go with me. No need to buy tickets./ Wracam za 5 minut. Możecie zaczekać i jechać ze mną z powrotem. Nie musicie kupować biletów/

– And if we miss the plane? / A jak ucieknie nam samolot?/– pytam, zaglądając w spojrzenie ze stali. Nie wiem, skąd zaglądam. Jaki to był kąt patrzenia? Czy przekątna stołu obok zegara, czy mozaika  miękkiej podłogi, gdzie schylając się, sięgam po drugą butelkę z wodą – tę, która nie eksplodowała, czy odwracam się przez lewe ramię z fotela pasażera gdzieś na Autopista del sur.

– Then I’ll join you/ To gdzieś pojedziemy/ – odpowiada. Zamykam oczy i pamiętam, że to już było. Jak je otwieram, słyszę komunikat z megafonu snu:

This is the final boarding call

for passengers  booked on flight Y313 to  Jakarta. All the passengers are immediately requested to the gate no. 2. Ms Domenika Sajdorowic, please proceed to the gate number 2 immediately.

Odwracam się jeszcze, szukając pleców w białej koszulce. Kolorowo. Nie ma bieli. Sprawdzam więc telefon, bo wiem, że samolot do Singapuru wzbił się w przestrzeń jakieś pół godziny temu, a megafon nie dokrzyczał do autobusu. Nie przebił się przez te wszystkie długości i szerokości geograficzne, które przemierzyliśmy w drodze na malezyjskie lotnisko. Był zbyt słaby. Zbyt cichy. Nie nadawał na odpowiedniej częstotliwości. I wtedy dociera do mnie, że rozmawiając o miejscach, o przygodach, o marzeniach, nie rozmawialiśmy o sobie. Tak, jak ludzie. Ci, którzy patrzą blisko. Na rubryki, na fakty, na ewidencje i numery. Żadnych dat. Żadnych cyfr. Żadnych danych. Żadnych identyfikatorów. Żadnych biletów. Żadnych tropów. Flow bez konturów.

This is the final call. Pożegnanie z Malezją. Widok z okna samolotu.

Stoję już przy bramkach. Wpuszczają mnie bez kolejki. Trzeci samolot w moim życiu daje mi szansę na powrót. Na lot, który mógłby odbyć się szczęśliwie bez mojego udziału. Do miejsca, z którego i tak znów wyjadę. Jakbym była kotem. Bo pies przywiązuje się do właściciela, a kot do rydwanu. Albo do skrzydeł.

Autor: Dominika Sidorowicz

Piszcie do mnie w sprawie przygód! 🙂

Chcesz zainspirować się bardziej? :)