1 135 odsłon43 komentarze

Orzeszki, banany i Chińczyk w czerwonej czapeczce

Egzotyka w wydaniu malezyjskim to Cameron Highlands

Z Taman Negara postanowiłam pojechać do właśnie do Cameron Highlands. Jak sama nazwa wskazuje to bardzo tropikalny rejon na Półwyspie Malajskim. Zamierzałam dla odmiany po chaszczach pooglądać uporządkowane grządki herbaty. Mini Sri Lankę w Malezji. Przynajmniej taki był plan.  Po krótkiej drodze bardzo lokalnym autobusem z Kuala Tahan, czyli z tej okolicy co na poniższym obrazku,

Taman Negara w Malezji

za 9 ringit (turystyczny mini bus kosztuje 35 ringit; jak oszczędzić na transporcie pisałam tutaj ), znalazłam się znów w  Jerantut – miasteczku, w którym nie ma nic, ale obowiązkowo trzeba je odwiedzić na trasie prowadzącej w kierunku Taman Negara, bo stanowi ono jedyną bazę wypadową do dostania się na teren parku narodowego. Na dworcu okazało się, że ostatni autobus odjechał kilkanaście minut temu. Mogłam jechać do Kuala Lumpur (byłam tam już 3 razy) lub spędzić kolejną noc w miejscu- poczekalni, które z całej Malezji wspominam najgorzej.

Z Jerantut do Kuala Lipis

– Go with him – powiedział pan w kasie biletowej i zaprowadził mnie do międzywioskowego autobusu  – you take this bus, then change in Kuala Lipis and you’ll arrive around 7pm. It will be longer but cheeper.

Zza kierownicy pomachał do mnie kierowca, chrupiący orzeszki i przypominający wesołego chomika gromadzącego zapasy na zimę.

– Yes! Yes! – potwierdził radośnie, przerzucając w między czasie cenne źródło minerałów z lewego policzka do prawego.

– Are you leaving now? – autobus stał na włączonym silniku, a w środku znajdowało się spore obłożenie – I desperately need a toillet – przyznałam ze skruchą. Poczekałam, aż motorniczy przełknie część bakalii, licząc na pozytywne rozpatrzenie mojej prośby ( autobusy w Malezji nawet te luksusowe nie posiadają nigdy toalet na pokładzie).

– No problem. Moment – spałzował, popił colą – there – pokazał na chiński hotel po drugiej stronie ulicy – the toillet is better there. Nice toillet. We’ll wait.

Pobiegłam do Chińczyka, zastanawiając się, czy po powrocie nadal zastanę na miejscu autobus ze swoim bagażem, bo dokonałam już rozładunku. Czekał sobie grzecznie, a mój plecak siedział na honorowym miejscu – z najlepszym widokiem na przednią szybę – zaraz obok kierowcy. Wspięłam się po schodkach, wszyscy ucieszyli się na mój widok, szofer wyciągnął w moją stronę orzeszki i ruszyliśmy.  

Autobus lokalny w Malezji

W Kuala Lipis podeszliśmy we dwójkę do okienka biletowego (ja i mój tłumacz znany jako kierowca Orzeszek). Orzeszek pogawędził sobie z panią w hidżabie, pani się nieźle uśmiała, ja dla towarzystwa, bo nie bardzo rozumiałam dowcipy opowiadane przez Orzeszka po malajsku, a było ich kilka lub po prostu jeden bardzo długi, a na koniec uradowany Orzeszek obwieścił, że przez moje siku u Chińczyka, uciekł mi autobus do Cameron Highlands.

Z Raub do Tanah Rata

– No problem. You take another one to Raub and then change for Cameron Highlands.

Na wszelki wypadek udałam się od razu do toalety. Podróż okazała się bardzo krótka, ale z maps me skonstatowałam, że jedziemy zupełnie w przeciwnym kierunku. Dotarłam na kolejny dworzec, gdzie pani bileterka zajęła się mną osobiście, bo jak mi wyjaśniła, znajomy ją poprosił, żeby dopilnowała szczęśliwej podróży pewnej Dominiki, która pochłania dużo płynów. Tym razem wskoczyłam do luksusowego, praktycznie pustego autobusu. Kierowca – około dwumetrowy Hindus  – pokazał mi kolekcję filmów i zapytał, który włączyć. Wybrałam jakąś najnowszą produkcję, której nie zdążyłam obejrzeć przed wyjazdem z Polski i pojechaliśmy. Po drodze, na ostatnim odcinku, robiłam zdjęcia przez szybę.

Po drodze do Cameron Highlands widoki z okien autobusuPo drodze do Cameron Highlands widoki z okien autobusuJak tak sobie pstrykałam, szyba służyła jako ładny filtr, autobus nagle się zatrzymał. Zapomniałam sprawdzić na maps me, w którym miejscu, ale gdzieś tuż za zakrętem.

Banany zamiast herbaty

– Dominica, break for photos! – Hindus klasnął w dłonie – That’s a nice view point! And I’ll grab some bananas. Do you want some?

Rzeczywiście po lewej stronie znajdowały się banany (to te utracone pliki w Georgetown, podobnie jak grządki herbaciane – po prawej; w każdym razie jedne i drugie postanowiły nie przejść do potomności).

– Why not – przytaknęłam i wybiegałam z aparatem, przebiegając przez autostradę.

Widok naprawdę fantastyczny! ( O truskawkach czytaj w artykule o kokainie 😉 

Cameron Highlands

Przerwy na hinduskiego papierosa i moje widoki  zrobiliśmy jeszcze dwie. Na deser do bananów dostałam kilka gałązek liczi. W różnych kolorach, rozmiarach i smakach. Jak dojechaliśmy wreszcie na dworzec w Cameron Highlands bananowy Hindus załadował sobie na plecy mój ekwipunek i rzucił przez ramię:

– Where do you stay?

– I don’t know yet. I guess I’ll walk around and pick some place.

– Hmm…the nicest are uphill but everything may be packed. It’s a holiday. I’ll give you a ride. Zdjął plecak, zapakował go do luku, zaprosił mnie do środka i odpalił silnik. Pojechaliśmy ciasną drogą w górę.

– Ask here.

Cameron Highlands

U skośnookiego Johna

– One person? One bitiful person? – Chińczyk w czerwonej czapeczce radośnie się wyszczerzył na mój widok – I have one bunk bed for one bitiful person!

Obejrzałam się za siebie. Hindusa już nie było. Chińczyk bez zmian. Wziął mój bagaż i pokazał mi pokój.

– Here, I need your signature. 19 ringits plus tax – wyjął kalkulator – 21, 78. Ok, let’s make it 20. Otworzył szufladę i wyciągnął z niej tabliczkę: SORRY, WE ARE FULLY BOOKED i umieścił ją w szybie hostelu pod wesołym Chińczykiem tj. Johnem.

Wyjrzałam na zewnątrz.

Cameron Highlands we mgleCameron Hinglands roślinność we mgleTablet gubił ostrość w gęstym mleku mgły, za to temperaturę pokazywał bezbłędnie. Było 16 stopni. Tyle samo, co kiedyś w Szkocji w środku lipca i zdecydowanie o jakieś 10 mniej niż kiedykolwiek na Sri Lance. Nie wiem, co na to herbata, ale mi zdecydowanie było za zimno.

Ciekawe materiały:

Autor: Dominika Sidorowicz

Dziennikarz, fotograf, podróżnik. Kolekcjoner przygód i opowieści.

43 komentarze

  • comment-avatar
    Mama Migotka 20/02/2017 (00:54)

    Weszłam tu na jeden post, ale widze ze to kawałek historii jest. Muszę przeczytać to wszystko od początku! zapowiada się świetna przygoda z niesamowitymi zdjęciami! Zazdroszczę 🙂

    • comment-avatar
      Dominika Sidorowicz 20/02/2017 (01:55)

      Zapraszam 🙂 Ta cała podróż, podobnie jak poprzednie, to jedna wielka przygoda! 🙂 Zaczyna się w Indiach…a później jest ciąg dalszy 😛

  • comment-avatar
    Melduję Gotowość 19/02/2017 (17:49)

    Jesteś bardzo odważna. Ja bałabym się tak podróżować i chyba wzięłabym te wszystkie bagaże ze sobą do toalety 😉

    • comment-avatar
      Dominika Sidorowicz 19/02/2017 (18:49)

      Wtedy dopiero istniałaby spora szansa, że autobus odjedzie ;). Naprawdę, gdybyś poznała Jerantut na własnej skórze, jego bazę noclegową i taki klimacik miasteczka, gdzie diabeł mówi dobranoc, wolałabyś tak nie ryzykować 😉 Podstawowa zasada w podróży jest taka, że im bardziej turystyczne miejsce, tym bardziej trzeba mieć oczy dookoła głowy. Im mniej, tym jest bardziej normalnie, po ludzku, bezpiecznie. Oczywiście istnieją od tej zasady wyjątki, czyli tzw.strefy „no go” (często kreowane przez media na legendarne rewiry zabójstw i gwałtów), co nie zmienia faktu, że ważny jest zdrowy rozsądek, intuicja, trafna ocena sytuacji, rozmowa z ludźmi …

  • comment-avatar
    codziennikdietetyczny 19/02/2017 (17:28)

    Jak pięknie!

  • comment-avatar
    ania 19/02/2017 (14:35)

    ależ widoki! 🙂

  • comment-avatar
    HOME SYNDROME 19/02/2017 (08:59)

    Ależ widoki! No i prawdziwa mgła- nie smogowa! Zostaje na dłużej- muszę się dowiedzieć dlaczego Orzeszek jest Orzeszkiem ! 😀

  • comment-avatar
    Autopogoń 16/02/2017 (23:20)

    ach, ci Malezyjczycy! zawsze pomocni 🙂 mnóstwo razy doświadczyłam w tym kraju podobnej życzliwości, każdy się naprawdę starał, żeby pomóc (nie to co w Chinach).

  • comment-avatar
    Fame Name 16/02/2017 (19:01)

    Ciekawa jestem dalszej części podróży i zdjęć. Zdecydowanie zdjęć 🙂

    Pozdrawiam
    famename.pl

  • comment-avatar
    gotowidodrogi 16/02/2017 (16:41)

    mega historia! uwielbiam takie spontany – to samo się działo w Tajlandii jak już wyjedziesz z Bangkoku 🙂

  • comment-avatar
    Marta K 15/02/2017 (22:54)

    Czytam od początku do końca z wypiekami na twarzy i zazdroszczę z całego serca i takich widoków i takich przygód 🙂 Extra!

  • comment-avatar
    Max i Mama 15/02/2017 (22:14)

    piekne zdjęcia, i fajna relacja, wróce na pewno

  • comment-avatar
    narwany 15/02/2017 (22:10)

    Jak czytam takie opowieści to aż chciałbym rzucić wszystko i polecieć gdzieś daleko, może być Malezja. Dziś nawet dostałem książkę o Ziemi Świętej i znowu chęć podróży odżyła 🙂

    • comment-avatar
      Dominika Sidorowicz 16/02/2017 (00:38)

      Trochę w drugą stronę, choć ze stemplem izraelskim da się wjechać do Malezji…pod warunkiem, że się nie jest Izraelczykiem 😉

  • comment-avatar
    jogosfera 15/02/2017 (20:50)

    Ale piękne zdjęcia <3

  • comment-avatar
    KrasnaLove Myśli 15/02/2017 (20:17)

    Świetne przygody, aż pozazdrościłam 🙂

  • comment-avatar
    Dyrdymała 14/02/2017 (20:34)

    Droga pełna przygód – brzmi super 🙂 Tu przesiadka, tam przesiadka, tu ktoś miły pokierował… i jakoś człowiek brnie do celu. Nic, a nic się nie bałaś, że wylądujesz zupełnie nie tu gdzie planowałaś ?

    • comment-avatar
      Dominika Sidorowicz 14/02/2017 (22:19)

      Byłam już w Malezji od ok.2 miesięcy, więc wiedziałam, na co mogę liczyć;) obawiałam się przez ułamki sekund o ten bagaż zostawiony w autobusie…ale wygoda wygrała;) W Indonezji, jeśli ktoś cię podwozi, to praktycznie masz gwarancję, że dojedziesz gdzie indziej…i dotyczy to również autobusów. W zasadzie tylko promy przybijają do tych portów, które miały w planach 😉

  • comment-avatar
    Anna Stranc 14/02/2017 (19:00)

    Zdjęcia piękne. Opowieści ciekawe. Przygód zazdroszczę.
    Duży plus za tekst. Zajrzę na pewno tu częściej.

  • comment-avatar
    Nikola Tkacz 14/02/2017 (18:33)

    Otworzyłam buzię z wrażenia na pierwszym zdjęciu i tak zostało mi do końca tekstu! Niesamowicie 🙂 Podziwiam i zazdroszczę pozytywnie oczywiście 🙂

  • comment-avatar
    bigmarkk 14/02/2017 (18:28)

    Zaciekawiło mnie „Jak sama nazwa wskazuje to bardzo tropikalny rejon na Półwyspie Malajskim. ” Jaka nazwa na to wskazuje ?
    Osobiście nie uważam Malezji za szczególnie fascynujący kraj. Jest taki normalnie cywilizowany, tylko , że zamiast klonów i kasztanów rosną palmy. Oleiste przeważnie. No i bez przerwy pada :/
    pozdr
    bm
    ……………………………………………
    https://bigmarkk.wordpress.com/

    • comment-avatar
      Dominika Sidorowicz 14/02/2017 (19:10)

      Nie bez przerwy tylko wtedy, kiedy akurat pada 😉 W jakim miesiącu byłeś? Różnie to wyglada w poszczególnych rejonach, ale suma summarum jest to kraj zamozny, o świetnej infrastrukturze w porównaniu z Laosem…albo z Polską 😉 Palmy oleistej faktycznie sporo niestety…

  • comment-avatar
    monikasternik 13/02/2017 (22:33)

    No i jak te grządki herbaty? Warto? My byliśmy w Indiach na plantacjach herbaty, ale zdecydowanie lepiej to wygląda z daleka niż z bliska. Ciekawa jestem jak w Malezji wygląda wizyta na plantacjach.

  • comment-avatar
    Iwona 13/02/2017 (17:29)

    A jakiej jakości są tam drogi?

    • comment-avatar
      Dominika Sidorowicz 13/02/2017 (17:35)

      Drogi w Malezji są świetne! Podobnie jak sieć transportu autobusowego. Dużo wyższy standard niż w Polsce. Bardzo złe drogi są w Laosie, Kambodży (choć zależy, które odcinki).

  • comment-avatar
    kobiecamyslodsiewnia 13/02/2017 (16:38)

    Ale mnie wciągnęło! Książki też piszesz? Bo kupię na pewno!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

    • comment-avatar
      Dominika Sidorowicz 13/02/2017 (17:11)

      Piszę:) Gadam sobie teraz z wydawnictwami, to dam znać, jak ustalimy spodziewana datę premiery 🙂

  • comment-avatar
    Fru 12/02/2017 (18:42)

    2 metrowy hindus? Toż to chyba olbrzym jakiś 🙂

  • comment-avatar
    Evi Mielczarek 12/02/2017 (17:52)

    Cameron Highlands a konkretniej trekking w dżungli w poszukiwaniu kwitnącej raflezji to jedno z moich najlepszych podróżniczych wspomnień. Co prawda w trakcie miałam ochotę zabić się własną ręką z powodu upału, płynącego pod nogami błota i jeszcze paru innych średni sprzyjających okoliczności, ale dziś to jedna z tych historii, które mam głęboko w sercu 🙂 Ps. kiedy ja tam byłam padało codziennie od 13 do 20, codziennie, punktualnie…. 🙂

  • comment-avatar
    Szymon 11/02/2017 (21:17)

    fajny ten filtr z szyby! u mnie zwykle (jeśli muszę fotografować przez szybę) właśnie ona mi przeszkadza i fotka nie wychodzi za fajna

  • comment-avatar
    Agar i Piżmo 11/02/2017 (16:51)

    muszę przyznać, że całkiem fajnie się to czytało. jestem tu pierwszy raz wiec potrzebowałem chwile, żeby się połapać, ale myślę, że chętnie wrócę 🙂

    • comment-avatar
      Dominika Sidorowicz 11/02/2017 (16:57)

      No właśnie, bo bez ciągłości narracyjnej trochę inaczej to wygląda 😉 Zapraszam! 😀

  • comment-avatar
    Samanta 11/02/2017 (16:02)

    Fajnie zobaczyć takie inne miejsca

  • comment-avatar
    Agnieszka Ilnicka 11/02/2017 (15:18)

    Szyba zawsze robi dobry filtr… Ale jak w takim przypadku powstrzymać się od robienia zdjęć? Tez korzystam z maps.me za granicą 🙂

  • comment-avatar
    Łukasz | Kartka z Podróży 10/02/2017 (19:26)

    Czyli nawet w Malezji może powiać chłodem. Wierzę, że następnym razem na pewno zabierzesz ze sobą kurtkę lub bluzę polarową. (-:,

    • comment-avatar
      Dominika Sidorowicz 10/02/2017 (19:37)

      Miałam kurtkę, bluzę, ciepłą chustę, którą używałam jako koc w klimatyzowanych autobusach oraz 3 pary skarpetek. Sęk w tym, że wszystkie trzy założone na raz, nie mieściły mi się w tenisówki 😉 Natomiast jak się trafia w taki klimat po 5 miesiącach ok. 35-40 stopni, to jest to niewątpliwy szok klimatyczny!

  • comment-avatar
    Mmalena 09/02/2017 (23:24)

    Fajne te mgliste zdjęcia 🙂 Bardzo klimatyczne.

Dodaj komentarz