2 525 odsłon64 komentarze

Orzeszki, banany i Chińczyk w czerwonej czapeczce

Egzotyka w wydaniu malezyjskim to Cameron Highlands

Z Taman Negara postanowiłam pojechać do właśnie do Cameron Highlands. Jak sama nazwa wskazuje to bardzo tropikalny rejon na Półwyspie Malajskim. Zamierzałam dla odmiany po chaszczach pooglądać uporządkowane grządki herbaty. Mini Sri Lankę w Malezji. Przynajmniej taki był plan.  Po krótkiej drodze bardzo lokalnym autobusem z Kuala Tahan, czyli z tej okolicy co na poniższym obrazku,

Taman Negara w Malezji

za 9 ringit (turystyczny mini bus kosztuje 35 ringit; jak oszczędzić na transporcie pisałam tutaj ), znalazłam się znów w  Jerantut – miasteczku, w którym nie ma nic, ale obowiązkowo trzeba je odwiedzić na trasie prowadzącej w kierunku Taman Negara, bo stanowi ono jedyną bazę wypadową do dostania się na teren parku narodowego. Na dworcu okazało się, że ostatni autobus odjechał kilkanaście minut temu. Mogłam jechać do Kuala Lumpur (byłam tam już 3 razy) lub spędzić kolejną noc w miejscu- poczekalni, które z całej Malezji wspominam najgorzej.

Z Jerantut do Kuala Lipis

– Go with him – powiedział pan w kasie biletowej i zaprowadził mnie do międzywioskowego autobusu  – you take this bus, then change in Kuala Lipis and you’ll arrive around 7pm. It will be longer but cheeper.

Zza kierownicy pomachał do mnie kierowca, chrupiący orzeszki i przypominający wesołego chomika gromadzącego zapasy na zimę.

– Yes! Yes! – potwierdził radośnie, przerzucając w między czasie cenne źródło minerałów z lewego policzka do prawego.

– Are you leaving now? – autobus stał na włączonym silniku, a w środku znajdowało się spore obłożenie – I desperately need a toillet – przyznałam ze skruchą. Poczekałam, aż motorniczy przełknie część bakalii, licząc na pozytywne rozpatrzenie mojej prośby ( autobusy w Malezji nawet te luksusowe nie posiadają nigdy toalet na pokładzie).

– No problem. Moment – spałzował, popił colą – there – pokazał na chiński hotel po drugiej stronie ulicy – the toillet is better there. Nice toillet. We’ll wait.

Pobiegłam do Chińczyka, zastanawiając się, czy po powrocie nadal zastanę na miejscu autobus ze swoim bagażem, bo dokonałam już rozładunku. Czekał sobie grzecznie, a mój plecak siedział na honorowym miejscu – z najlepszym widokiem na przednią szybę – zaraz obok kierowcy. Wspięłam się po schodkach, wszyscy ucieszyli się na mój widok, szofer wyciągnął w moją stronę orzeszki i ruszyliśmy.  

Autobus lokalny w Malezji

W Kuala Lipis podeszliśmy we dwójkę do okienka biletowego (ja i mój tłumacz znany jako kierowca Orzeszek). Orzeszek pogawędził sobie z panią w hidżabie, pani się nieźle uśmiała, ja dla towarzystwa, bo nie bardzo rozumiałam dowcipy opowiadane przez Orzeszka po malajsku, a było ich kilka lub po prostu jeden bardzo długi, a na koniec uradowany Orzeszek obwieścił, że przez moje siku u Chińczyka, uciekł mi autobus do Cameron Highlands.

Z Raub do Tanah Rata

– No problem. You take another one to Raub and then change for Cameron Highlands.

Na wszelki wypadek udałam się od razu do toalety. Podróż okazała się bardzo krótka, ale z maps me skonstatowałam, że jedziemy zupełnie w przeciwnym kierunku. Dotarłam na kolejny dworzec, gdzie pani bileterka zajęła się mną osobiście, bo jak mi wyjaśniła, znajomy ją poprosił, żeby dopilnowała szczęśliwej podróży pewnej Dominiki, która pochłania dużo płynów. Tym razem wskoczyłam do luksusowego, praktycznie pustego autobusu. Kierowca – około dwumetrowy Hindus  – pokazał mi kolekcję filmów i zapytał, który włączyć. Wybrałam jakąś najnowszą produkcję, której nie zdążyłam obejrzeć przed wyjazdem z Polski i pojechaliśmy. Po drodze, na ostatnim odcinku, robiłam zdjęcia przez szybę.

Po drodze do Cameron Highlands widoki z okien autobusuPo drodze do Cameron Highlands widoki z okien autobusuJak tak sobie pstrykałam, szyba służyła jako ładny filtr, autobus nagle się zatrzymał. Zapomniałam sprawdzić na maps me, w którym miejscu, ale gdzieś tuż za zakrętem.

Banany zamiast herbaty

– Dominica, break for photos! – Hindus klasnął w dłonie – That’s a nice view point! And I’ll grab some bananas. Do you want some?

Rzeczywiście po lewej stronie znajdowały się banany (to te utracone pliki w Georgetown, podobnie jak grządki herbaciane – po prawej; w każdym razie jedne i drugie postanowiły nie przejść do potomności).

– Why not – przytaknęłam i wybiegałam z aparatem, przebiegając przez autostradę.

Widok naprawdę fantastyczny! ( O truskawkach czytaj w artykule o kokainie 😉 

Cameron Highlands

Przerwy na hinduskiego papierosa i moje widoki  zrobiliśmy jeszcze dwie. Na deser do bananów dostałam kilka gałązek liczi. W różnych kolorach, rozmiarach i smakach. Jak dojechaliśmy wreszcie na dworzec w Cameron Highlands bananowy Hindus załadował sobie na plecy mój ekwipunek i rzucił przez ramię:

– Where do you stay?

– I don’t know yet. I guess I’ll walk around and pick some place.

– Hmm…the nicest are uphill but everything may be packed. It’s a holiday. I’ll give you a ride. Zdjął plecak, zapakował go do luku, zaprosił mnie do środka i odpalił silnik. Pojechaliśmy ciasną drogą w górę.

– Ask here.

Cameron Highlands

U skośnookiego Johna

– One person? One bitiful person? – Chińczyk w czerwonej czapeczce radośnie się wyszczerzył na mój widok – I have one bunk bed for one bitiful person!

Obejrzałam się za siebie. Hindusa już nie było. Chińczyk bez zmian. Wziął mój bagaż i pokazał mi pokój.

– Here, I need your signature. 19 ringits plus tax – wyjął kalkulator – 21, 78. Ok, let’s make it 20. Otworzył szufladę i wyciągnął z niej tabliczkę: SORRY, WE ARE FULLY BOOKED i umieścił ją w szybie hostelu pod wesołym Chińczykiem tj. Johnem.

Wyjrzałam na zewnątrz.

Cameron Highlands we mgleCameron Hinglands roślinność we mgleTablet gubił ostrość w gęstym mleku mgły, za to temperaturę pokazywał bezbłędnie. Było 16 stopni. Tyle samo, co kiedyś w Szkocji w środku lipca i zdecydowanie o jakieś 10 mniej niż kiedykolwiek na Sri Lance. Nie wiem, co na to herbata, ale mi zdecydowanie było za zimno.

Autor: Dominika Sidorowicz

Piszcie do mnie w sprawie przygód! 🙂

Chcesz zainspirować się bardziej? :)