fbpx
2 603 odsłon34 komentarze

Linie papilarne Azji. W Luang Prabang

Z Luang Prabang do Wientian

– I really hope u are able to make it tomorrow – pisała Toby na Whatsupie z deszczowego Wientian.

I miała na myśli porę deszczową, która zaczęła się jakieś półtora miesiąca przed planowanym grafikiem i stanęła na przeszkodzie mojej znowu nie tak długiej podróży z dawnej stolicy Laosu do nowej-odpowiednio socjalistycznej, bo nie wypakowanej po brzegi świątyniami, wolnej od korowodów pomarańczowych mnichów w niebezpiecznym rewolucyjnym kolorze.

Stolica piękna (Luang Prabang) i brzydoty (Wientian) znajdowały się w promieniu niecałych 250 km – choć znaki mijane po drodze nie potwierdzały tej wersji – czyli 10-12 godzin jazdy autobusem, a Toby miała złudną nadzieję, że zdążę odwiedzić ją u brzydkich, zanim ona uda się do wymarzonego hippilandu Ko Pha Ngan.

Laos, Luang Prabang 2015

Laos, Luang Prabang 2015

Laos, Luang Prabang 2015

Laos, Luang Prabang 2015

Kąpiel w Mekongu,

czyli plaża dla tubylców opatrzona tabliczkami krzyczącymi: No swimming! tylko i wyłącznie w języku angielskim. Na całej plaży nie spotkałam ani jednego osobnika w wieku powyżej 15 lat… przynajmniej na moje europejskie oko. Laotańskie dzieci nie są tak głośne jak hinduskie, choć Laotańczycy jako nacja kochają ten sam poziom decybeli co Hindusi, czyli, z punktu słyszenia Europejczyka, o jakieś sto procent za wysoki.

Laos, Luang Prabang 2015

Laos, Luang Prabang 2015

Laos, Luang Prabang 2015

Laos, Luang Prabang 2015

Chłopcy kąpią się w majtkach, a dziewczynki w pełnym rynsztunku. Dotyczy to nawet pięciolatków, gdzie różnica jest drastyczna, bo chłopcy latają i sikają na golasa, a dziewczynki zawsze są okutane, często w długi rękawek. Kobieta w Azji nadal pełni funkcję usługową i podobnie jak w krajach arabskich jest obywatelem gorszej kategorii. Religia buddyjska co prawda nie skazuje jej na burkę ani nawet czador, ale wymaga zakrywania ramion, długich spodni – zwłaszcza w Laosie. Przed laotańskimi domami często można zobaczyć kobiety wykonujące manicure, pedicure i masaż stóp swoim mężom, co tłumaczy z pewnością popularność azjatyckiej seksturystyki oraz import żon-służacych do Europy i do USA. Dla kobiet tresowanych w ten sposób od urodzenia jest to zupełnie naturalna rzeczywistość. Młodociane Amerykanki paradujące w za małych stringach pod koronkowymi za ciasnymi szortami spod których wylewają się fałdy tłuszczu, przepasane w biuście wciąż zjeżdżającą kusą tasiemką, z całą pewnością gwałcą tutejszą kulturę, z drugiej jednak strony pokazują azjatyckim kobietom, że płeć to tylko płeć a nie brzemię.

Laos, Luang Prabang 2015

Laos, Luang Prabang 2015

Most, który widzicie na zdjęciu jest płatny…dla białych. Chińczyk może przejść nie zauważony, pod warunkiem że nie będzie się za dużo odzywał. W Laosie absolutnie WSZYSTKO jest płatne: most, wodospad, jaskinia, każdy krzak i każda dróżka i każda dziura w ziemi i każdy kawałek papieru toaletowego, który wrzuca się do kosza obok dziury. Wszystko oddzielnie. Dziwne, że darmowe są jeszcze wstępy do miast. Ceny biletów wahają się w granicach 5000- 30000 kipów. Kibel z papierem kosztuje na ogół 5000 kipów. Bez papieru 3000.

Wielokrotnie próbowałam wyjechać z Luang Prabang, jednak to miasto nie tyle nie chciało mnie wypuścić jak Indie, w których się zakleszczyłam jak w potrzasku, to miejsce każdego dnia pokazywało mi inną twarz, inny zakątek dumania, inny haft z wielobarwnego gobelinu laotańskiego.

Pokochałam jeszcze wciąż żywe serce tego miejsca, jego rozwlekłą narrację płynącą nieśpiesznie wraz z Mekongiem z dnia na dzień, ze strony na stronę jak nurt powieści „Nad Niemnem”, w której nie działo się nic oprócz mijających krajobrazów i mezaliansu, który zbliżał się coraz większymi krokami.

Czy to miasto zakochało się w socjaliźmie, czy po prostu nie miało wyboru?

Kwitnący przemysł turystyczny zdawał się nie zważać na biedę i polityczno-ekonomiczne ograniczenia, ale stanowił tylko jaskrawą, krzykliwą okładkę rozpadającej się książki z poplamionymi kartkami, pozaginanymi rogami, podartymi stronami o wybrakowanej numeracji.

Czułam jednak, że Luang Prabang nie jest opowieścią mitomana o świetlanej przeszłości, że mimo komercyjnej choroby ma zdrową duszę. Tutaj – pod tandetnym makijażem stworzonym na potrzeby bogatych Francuzów i Anglików, którzy najwyraźniej nie mieli gustu, a w każdym razie według Laotańczyków z całą pewnością byli go pozbawieni – spod blichtru sztucznych rzęs patrzył na mnie prawdziwy Laos.

Laos, Luang Prabang 2015

Laos, Luang Prabang 2015

Kto zgadnie co, to jest?

Laos, Luang Prabang 2015

Laos, Luang Prabang 2015

To placki ryżowe, suszące się na słońcu przed którąś ze świątyń w Luang Prabang.
Świetnie sprawdzają się przy rozstroju żołądka.

Z domu jednak trzeba wyjechać, żeby pojechać dalej. Poza tym socjalistyczna wiza laotańska za 30 $ ważna jest tylko 30 dni, a to nie długo, biorąc pod uwagę stan laotańskich dróg i transportu oraz, jak się właśnie okazało, zmienną naturę klimatu. Mądrzy Laotańczycy, którzy znają angielski albo francuski (co dotyczy znikomego promila populacji) i mądrzy Amerykanie, którzy kupują real estate w Indochinach, prawią:

– The best time to visit Laos is between October and February. The best of the best is November till January.

No żesz, kurde klocki, byłam prawie w kwietniu!

Sezon łatwopalny

Pierwsza połowa marca to koszmar nie ze względu na ponad 40 stopni, i nawet nie dlatego, że wilgotność powietrza spada poniżej 20 %, ale dlatego że miejscowy potlacz ostatków i odpadków po żniwach unosi się wielką łuną nad Laosem, Tajlandią, Kambodżą, i jak mniemam, Wietnamem.

Azja płonie jak Sodoma i Gomora. A człowiek – ludzik zamienia się w grillowanego robaka z azjatyckiego rusztu. Więc powiadam: never ever dare to go to Southeastern Asia in March! – obiecałam Toby, że wybolduję tę przestrogę na blogu.

– If I’d known that before, I’d have stayed in Ko Pha Ngan instead of going now. My eyes can’t stand it. Don’t have more eyes drops. Do u have any? – zapytała z rzeczywiście czerwonymi oczami.
– Nope. But I have some smecta. Nitrosomething and paracetamol. Wanna anything from my pharmacy? Maybe Smecta? I have plenty of Smecta. I’ll probably won’t use it – wypowiedziałam w złą godzinę.
– Oh, I might have a try. For my belly – ochoczo przystała Toby, której przypadłość wkrótce okazała się zaraźliwa.

Popiła wodą tabletkę, rozpuściła Smectę i zabrała się do przeszukiwania mojej apteczki. Niewiele w niej znalazła, bo unikam używek jak ognia i generalnie staram sie nie chorować, stąd pewnie doświadczam takich inspirujących przygód medycznych. Po chwili trzymała w ręku trzeci z listków pigułek, którym dysponowałam i którym jej nie poczęstowałam.
– Oh, no.That’s paracetamol. Do u also wanna some?
– Have some at my place. Maybe I should take it as well? – Toby większość czasu spędzała na watpliwościach, rozważaniu spraw i byciu confused, co zdecydowanie różniło ją od przeciętego obywatela kraju 50 stanów i tyluż gwiazdek.

Dokonałyśmy harmonijnej wymiany energii. Ona przejęła moją pewność what next, więc zapakowałam ją do tuk tuka, którym udała się na dworzec, żeby złapać nocny autobus do Wientian, a ja zostałam z jej rozstrojem żołądka i nadciągającą chmurą deszczową, która również kolejnego dnia zatrzymała mnie w Luang Prabang.

A co zdarzyło się potem? O tym opowiem następnym razem…jak tu i teraz mi na to pozwoli…

Autor: Dominika Sidorowicz

Piszcie do mnie w sprawie przygód! 🙂

Chcesz zainspirować się bardziej? :)