fbpx
3 856 odsłon80 komentarzy

Lombok Survival

Jadąc po błotnisto-kamienistej drodze wijącej się z góry i pod górę, miałam nadzieję, że jednak na niej utknę, a nie rozwalę siebie i skuter. Istniało oczywiście jeszcze znikome prawdopodobieństwo, że jako niespełna tygodniowy kierowca dwukołowego pojazdu motorowego, dojadę na plażę o własnych siłach. Upaćkana błotem do kolan, spragniona i coraz bardziej głodna – moje śniadanie wraz z butelką wody uległo magicznej dematerializacji na parkingu strzeżonym za 10 000 rupi jakąś godzinę temu – osiągałam stan coraz większego wzburzenia emocjonalnego, czyli typowy w kraju tysiąca i jednej wyspy (ponoć 17 tysięcy ).

– Have you seen my shoppings? – zapytałam oniemaiała parkingowych./Widzieliście moje zakupy?

Cała grupa sześciu chłystków spojrzała na mnie badawczo, jednak w milczeniu.
No comment – pomyśleli – albo nie pomyśleli nic.
Plaża na Lombok

– My food? Plastic bag? My breakfast in the plastic bag. // Moje jedzenie? Plastikowa torba? Śniadanie w plastikowej torebce.

Pokręcili głowami.

– Ok, I want my money back, then. I payed you for watching my bike. / W takim razie oddajcie mi pieniądze. Zapłaciłam za pilnowanie skutera.
Zgodne nie wyrażali czegokolwiek.

– You were here. Where is my bag???/ Byliście tutaj. Gdzie jest moja torba – reklamowałam właśnie ich usługę, choć już od kilku dni miałam świadomość, jak działa Lombok i kompletnie nie rozumiałam laurów pochwalnych, które zbierała ta wyspa – jedna z najbardziej wyboistych…emocjonalnie.

– Where I can buy water here?/ Gdzie mogę tu kupić wodę? – skapitulowałam, próbując sobie zapewnić co najmniej minimum komfortu na dalszą podróż.

– No water – przemówili.

No water only fuel – pomyślałam i ruszyłam wściekłą przed siebie.

Szybko doceniłam siłę gniewu, bo dzięki niemu udało mi się pokonać piaszczysto – kamieniste strome serpentyny, wzdłuż których ludzie szukali złota i budowali tzw. tourists information, czyli budki krzaki sprzedające shuttle bus tickets z wielokrotnym przebiciem, biorąc pod uwagę lokalne ceny benzyny, czyli robili kapitalizm. I jadąc tak, bez wody ale za to pełnym bakiem, dojechałam pod kolejny szlaban. Droga stawała się coraz gorsza, a ja coraz bardziej spragniona.

– How is the road up there?/ Jak wygląda droga? – zapytałam sprzed zwodzonego mostu z patyka na sznurku.

– You pay/ płać – udzielił mi wymijającej informacji na oko ośmioletni przyszły biznesman.

– No. First you will tell me how is the road. Difficult? Muddy? Steep?/ Nie. Najpierw powiedz mi, jaka jest droga. Trudna? Błotnista? Stroma

No dobra pewnie nie znał tych słów, choć w Indonezji angielski jest w powszechnym użyciu.

– Bad road? I- pokazałam na siebie – bad driver. Bad driver, bad road I stay. Go back. No go. Bad road? / Zła droga? Zły kierowca. Zły kierowca, zła droga – zostaję. Zawracam. Nie jechać. No bad road, mówiła intuicja. Ciekawość jak zwykle nalegała – dalej przed siebie.

– Ok.

– What ok? The the road?/ Co jest ok? Droga?

– Yes. You pay./ Tak. Zapłać.

– I’ll just go a little bit and check if I can make it, ok?/ Pojadę tylko kawałek i sprawdzę, czy dam radę, ok?

– No you pay./ Nie. Płać.

– Ok.then I leave the bike here and I’ll walk. Is that all right?/ Dobra. W takim razie zostawiam skuter tutaj i przejdę. Zgoda?

– No. You pay.

– For what?!? For checking the road?!?/ Za co?!? Za sprawdzenie drogi?

Zostawiłam skuter zaparkowany pod szlabanem i ruszyłam na zwiad. Nieletni odźwierny mnie dogonił, łapiąc za rękę.

– Money!!!
20150503_163703cc

Moja cierpliwość była na skraju wyczerpania, choć niektórzy twierdzą, że jestem zbyt asertywna, zbyt uparata i zbyt oszczędna. Paradoksalnie te dwie pierwsze cechy ułatwiają podróż, trzecia czyni ją możliwą na dłuższą metę i dla każdego. Usadowiłam się za kierownicą, skręcając koła do zawrotki i wtedy nadjechał lokalny samochód. Szlaban się magicznie podniósł, a mi się udało ruszyć jednocześnie z lombokowym pojazdem.

I tym sposobem znalazłam się na road to hell.

Szybko się zorientowałam, że trzeba zawrócić, ale jak zawrócić? Na jednokierunkowej zakończonej rowami, błotnistej, dziurawej, wciąż pod górę i, cholera, coraz gorszej, a plaży ani widu ani słychu, choć przyznam, że nie bardzo miałam warunki, żeby rozglądać się na boki, bo wciąż musiałam patrzeć pod koła. Z nadzieją wołałam do mijanych „Lombokczyków” (???):

– Excuse me? Can u help me? Can you give me the lift? Doesn’t matter where / Halo, halo! Pomoże mi ktoś? Ktoś mnie podwiezie? Może ty? Wszystko jedno gdzie.

Najwyraźniej jednak brzmiałam zbyt mało przekonująco albo takich rzeczy nie wykrzykuje się w drodze, no bo przecież się jedzie, a nie leży. A może chłopak zdążył zawiadomić całą wioskę przez krótkofalówkę, że oto bezprawnie zmierzam w kierunku plaży. Albo po prostu w tym kawałku Lomboku, nikt nie mówił po angielsku.

– Help! Help! – postanowiłam być bardziej dramatyczna. Nie pamiętałam, żeby przewodnik z dołączonymi mini rozmówkami zawierał słowo „pomocy”, było tam z pewnością „dziękuję”, „dzień dobry”, „Ile to kosztuje” i jakże przydatne „drogo”. To ostatnie brzmiące podobnie do Taj Mahal, tyle że bez Taj. Najwyraźniej przegapiłam tę stronę.

– Socorro! Au secours! Aiuto! Na pomoc! – próbowałam innych wersji językowych.

Bezskutecznie.

Bad road, bad day

– prowadziłam dialog wewnętrzny ze swoim wyższym ja, które jest supermanem – but never give up – czyli w tym przypadku – do not stop . Zatrzymanie się pod górę na kamienistym zboczu było niemalże jednoznaczne z brakiem happy endu. W końcu pojawią się jacyś biali – rasa z mimalną dozą empatii – pomyślałam niepoprawnie politycznie.- Just relax and breathe deeply – to już z kursów coachingowych albo mindfullness.

Jednak ocaliły mnie dzieci…które wybiegły prosto pod moje koła, krzycząc: hello hello!!!, więc musiałam zahamować, bo nie zdążyłam sobie przypomnieć, że w Azji hamowanie to najgłupszy pomysł, bo tu nikt nie hamuje, wszyscy uciekają na boki, a hamowanie jest przyczyną wypadków drogowych powodowanych przez turystów ze złymi nawykami.

W tych okolicznościach na szczęście okazało się tylko przyczyną utknięcia w błocie. Zadowolona, że dzieci nie wybiegły pod górę i że skuter nie upadł na dzieci, bo nie byłam pewna, czy moje ubezpieczenie obejmowało uszkodzenia miejscowej ludności, zapałałam złudną nadzieją, że dziećmi biegającymi po drogach prosto pod środki lokomocji zainteresują się jacyś rodzice, bo już dawno nie liczyłam na zainteresowanie moim HELP. Dzieci jednak okazały się bezpańskie i chciały mi sprzedać bransoletki.

– Do u have water? I can buy water. – zaproponowałam. / Macie wodę? Mogę kupić wodę.

– Buy! Buy! – podchwyciły./ Kup! Kup!

– Water. Drink. – pokazałam gestem dłoni przechyloną butelkę i odchylając głowę do tyłu, otworzyłam usta.
– 20 thousands. 40. For 2./ 20 tysięcy. 40 tysięcy za dwie.

– I want water and I want help. Will u help me if I buy these bracelets?/ Potrzebuję wody i pomocy. Pomożecie mi, jak kupię te bransoletki?

– Yes! Buy!/ Tak! Kup!

– Where are your parents?/ A gdzie są wasi rodzice?

– Buy!/ Kup!

Oparłam się o drzewo,

bo podobno koi ono chaosy i odpędza czarne chmury i rzeczywiście wtedy mi zaświatało, że ktokolwiek, kto będzie chciał przejechać tą drogą, będzie MUSIAŁ mi pomóc, nawet gdyby NIE CHCIAŁ, bo skuter ją po prostu tarasował. Więc potwierdzam, drzewa wietrzą umysł i leczą skołotane nerwy!

I wtedy właśnie nadjechał mój wybawca terenowym jeepem. Chwilę postał, mi się pod drzewem też nie śpieszyło, ale jemu widać bardziej. Trąbnął. Rozłożyłam ręce. Trąbnął znów.

– Sorry, I can’t make it – pokazałam na Hondę – I need your help. / Sorry, nie dam rady. Potrzebuję twojej pomocy./ Podszedł do skutera i przeparkował go nieco na bok, na jeszcze bardziej grząskie pobocze. I wrócił do samochodu.

– Could u give me a lift to the beach, as a driver? I won’t make it – staliśmy w błocie po kostki. / Podrzucisz mnie na plażę? Jako kierowca?

– Maybe the next car – podsumował i włączył silnik./ Może następny samochód.

– And if I pay you will help me?/ A jak zapłacę?

– To Kuta I can give a you a lift…for – zawahał się przez chwilę – 200 thousands. Without a motorbike. / Mogę cię zawieźć do Kuta. Za 20 kawałków. Bez skutera.

– What about a million and without the clothes?/ A może za milion i bez ubrania – próbowałam go rozweselić. Jednak moja propozycja wcale go nie rozśmieszyła, odwrócił się na pięcie, wsiadł do auta i uruchomił silnik.

Dalej czekałam na Godota.

I rzeczywiście mój rycerz zjawił się na czarnym rumaku, a na mój widok przystanął dość gwałtownie.

– Fuck! I’ve got the flat tyre on the rocks! I’m lucky that I haven’t killed myself! Shit!! If they’d told me that the road is a piece of shit, I’d have skipped that beach. I’m not a fucking stunt man!!! They just want you to pay and say whatever. In Myanmar people were so different…/ Przebiłem oponę na tych cholernych kamieniach! I tak miałem farta, że się nie zabiłem. Gdyby mi powiedzieli, że ta droga jest taka gówniana, to bym sobie darował tę plażę. Nie jestem, kurna, jakimś wyczynowcem! Chodzi im tylko o kasę i wygadują androny. W Birmie ludzie byli tacy inni…

– Well, everywhere is different. Sometimes we just don’t like this ‘different’. Sometimes the discrepancy is too huge to believe…/ No, wszędzie jest inaczej. Czasami tylko nie lubimy tego inaczej. Czasami przepaść jest tak duża, że trudno uwierzyć…

– Yeah, just passed the guy with the car. Could pay him but was afraid of leaving the bike alone…He told me I could make it with the flat tyre!!!/ Fakt. Właśnie minąłem tego gościa w samochodzie. Mogłem mu zapłacić, ale bałem się zostawiać tutaj skuter. Wiesz co mi powiedział? Że dojadę na flaku!

– Can’t you? Well, they usually don’ take bikes just the shoppings…/ A nie dojedziesz? Raczej nie konfiskują skuterów…tylko zakupy.

– Are u kidding me?/ Żartujesz?

– On the surveillance parking sites – dokończyłam./ Na strzeżonych parkingach.

– Fuck! Man! Who is gonna stay with the bikes and who is gonna walk to the beach?/ Nieźle, k..wa! No to kto zostaje ze skuterem, a kto zasuwa na plażę?

– I can walk. I’ve spend here enough time./ Ja mogę iść. Już mi się tutaj znudziło.

I wtedy zobaczyłam dwóch kolejnych białych rycerzy na czarnych wierzchowcach. Jeden ciągnął drugiego na lince.

– Hi guys! Keep your fingers crossed for us to make it on the rope! – krzyknęli na nasz widok. / Halo, halo! Trzymajcie za nas kciuki! Zamierzamy dojechać na tym holu.

– Maybe we will wait together? – odkrzyknęłam./ Może zaczekamy razem?

– We’ve waited enough. I’m not gonna spend the night on that cursed beach without any water! / Czekaliśmy już dość. Osobiście nie zamierzam spędzić nocy na tej przeklętej plaży o suchym pysku.

-There are some people on the beach? The tourists? – zapytaliśmy jednocześnie: ja i mój Godot. / A są tam jacyś ludzie? Turyści?
20150503_161421Lombok (Indonezja), jedna z plaż. Jak sobie przypomnę która, nie omieszkam wspomnieć.

– Yeah, there is a couple. They just have a half bottle of water to share. / Parę osób. Mają pół butelki wody na spółę.

– Ha ha !!! Nice joke! / Niezły dowcip!

– Go and check. Is not far. 15 minutes walking. Probably longer on the bike./ Idź i sprawdź. To niedaleko. Z 15 minut na piechotę. Pewnie dłużej na skuterze.

Wtedy, w środku Lomboku, gdzie nauczyłam się już myśleć innymi kategoriami, olśniło mnie, że przede mną stoi Niemiec, a nie Indonezyjczyk:

– You can take my bike and drive to the beach. I will wait with yours. / Możesz przecież pojechać na moim skuterze na plażę, a ja zaczekam przy twoim.

– Oh, yeah you are right. That’s gonna be easier! I though that you got it broken. / Ano masz rację. Myślałem, że twój jest zepsuty.

– Not yet…Please don’t crush it and drive slowly./ No, jeszcze nie. Tylko go nie rozwal i jedź wolno.

– Yes Madame!/ Tak jest! – zasalutował i odjechał. Wrócił z Vincentem. Vincent zawiózł mnie na plażę, z której następnie wyjechał Ben z linką, żeby zholować Gerrarda do najbliższego fixing point. Wszyscy za siebie trzymaliśmy kciuki.

Lombok survival grand finale

– That’s not the best road to learn how to drive the motorbike…powiedział Vincent, wpadąjąc w poślizg ze mną na tylnym siedzeniu. – I need a beer! We should make a toast tonight for all the survivors! So they didn’t charge you for the entry, did they?/ To faktycznie nie najlepsza droga do nauki jazdy. Marzę o piwie! Trzeba wypić dziś wieczorem za wszystkich śmiałków, którzy przeżyli tę wyprawę. Czyli nie wzięli od ciebie kasy za wjazd?

– Nope, I’ve just payed my price./ Nie. Właśnie zapłaciłam swoją cenę.

– You haven’t. They will remember. They will collect their duty on the way back./ Eeeetam, będą pamiętać. Upomną się o należne.

Dojechaliśmy do zamkniętego szlabanu.

– 10 thousand. / 10 tys

– Don’t have. Can give u 5/ Nie mam. Mogę dać 5. – zajrzałam do porftela, gdzie była setka w małej kieszonce, ale setka na Lombok nie jest dobrym pomysłem płatniczym w jakimkolwiek miejscu bez kasy fiskalnej. Miałam jeszcze drobne monety.

– Look!I have only 5/ Zobacz! Mam tylko 5. – wybałuszyłam oczy i portmonetkę.

– Coins!/ Drobne! – zarządał, dopatrując się drobniakow. And dollars!/ I dolary!

– No dollars! In my country there are no dollars. I don’t have dollars./ Nie mam dolarów. W moim kraju nie mamy dolarów.

– You have! / Macie!

– In my country no dollars. It’s a poor country. Indonesia is rich – trochę edukacji mu sie przyda, pomyślałam./ Nie macie. To biedny kraj. Indonezja jest bogata.

– You rich, you dollars./ Ty bogata, ty dolary.

– I poor, you rich. I should learn from you how to make easy money. / Ja biedna. Ty bogaty. Powinnam się od ciebie uczyć, jak robić łatwą kasę. /I jak tak sobie gawędziliśmy, to nadjechał samochód.

– 20 thousands / 20 kawałków – chłopak przekierował swoja uwagę na kolejnego klienta.
Zerkęłam na niskie podwozie i bladego kierowcę.

– Don’t go there. You won’t make it with this car./ Nie jedź. Tym samochodem nie dasz rady.
IMG_20150422_125538 (1)

Łatwiej dostępne plaże to romantyczne Bali. W czasie odpływu…
IMG_20150507_231824 (1)

świetnie nadają się do spacerów.
IMG_20150422_132416

I przypływu, kiedy na ogół jadałam śniadanie.
IMG_20150507_231915 (1)

I o zmierzchu.
Kiedy dobrze się marzy.

Autor: Dominika Sidorowicz

Piszcie do mnie w sprawie przygód! 🙂

Chcesz zainspirować się bardziej? :)