fbpx
1 918 odsłon24 komentarze

Chmury nie oznaczają deszczu

Ekologia w Indonezji

– The government doesn’t help the public transport/ Rząd nie inwestuje w transport publiczny – mówi Wan Wan.
– It used to be better. As a student I went by public buses./ Kiedyś było zupełnie inaczej. Na studiach dojeżdżałem komunikacją miejską.
– Why the government is not interested in supporting the public buses?/A dlaczego nie? – pytam, z niepokojem obserwując zbierające się na horyzoncie chmury.
– The cars are cheap and so are the motorbikes. / Bo samochody są tanie. I skutery.
– And the fuel – dodaję w myślach. / Benzyna też.
– People buy them and the government charges the taxes. / Ludzie kupują to, co tanie, a rząd nakłada podatki.

Prom na Lombok płynie z bali ok.5-6 godzin. W zależności od pogody.

z Bali na Lombok, Indonezja 2015

W Indonezji wszystko jest opodatkowane

W kawiarniach, restauracjach czytajcie informację zamieszczoną drobnym drukiem. Czasem na dole karty, czasem w ogóle „zapomnianą”, jakby w pośpiechu „przeoczoną” prawdę oczywistą, o której nikt już nie pamięta, bo przecież wszyscy turyści wiedzą, że do każdej pozycji menu doliczane jest 10 %, 15 % lub 20 % podatku.
To samo dotyczy masaży, niekiedy noclegów. Nigdy nie wiadomo, ile procent.
Niekiedy procent nie jest doliczany, co jest miłą niespodzianką.

– It’s not a bad strategy. The country gets richer and richer./ Całkiem niegłupia strategia. Kraj się na niej szybko wzbogaca.

– I doubt it. Pollution, traffic jams, accidents. The nature is harmed. You cant’t stop technology –
nie zgodził się z moim pragmatyzmem. / Wątpię. Środowisko naturalne źle na tym wychodzi, a technologii nie zatrzymasz.

Coś jest zawsze za coś.

Najwyraźniej ekologia się nie opłaca…a turystyka paradoksalnie tak.

To, co wbijają nam do głowy w skodyfikowanej zakazami i nakazami Europie, w Azji ma się nijak do rzeczywistości. Ten kontynent tonie w śmieciach, plastikowych torebkach, nikt niczego nie segreguje, alkohol (piwo) bywa tańszy od wody (np. w Laosie), w na hinduistycznym Bali nieznacznie przekracza cenę świeżo wciskanego soku lub nie…jeśli jesteście w balijskim Ubud, a coś takiego jak zakaz palenia nie występuje nawet w lokalnym bemo, czyli vanie przerobionym na krzyżówkę autobusu, taksówki i stopa.

Pewnie dlatego turystyka tutaj ma się tak dobrze, bo ludzie przyjeżdżają po… wolność.

Bo tu niczego nie trzeba i wszystko wolno.

Prom na Lombok. Jeszcze przed burzą.

z Bali na Lombok, Indonezja 2015

Zrozumieć Jacka Wróbla, czyli w drodze z wyspy na wyspę.

Prom na Lombok odpływa z Padang Bay co 20 minut i naprawdę kosztuje tylko 38 000 rupii indonezyjskich za pieszego z plecakiem.

Płynie ok. 5- 6 godzin w zależności od pogody. Nie buja na nim, nikt nie halftuje, wszyscy są grzeczni, ale nie ma herbaty ani kawy. Za to jest wucet, w którym przydają się kalosze. Uliczni „sprzedawcy” okazji dla jelenia, którzy was obskoczą już na rogatkach Padang Bay, będą chcieli wam sprzedać ten sam bilet w promocyjnej cenie…500 000 rupii, tylko dlatego że macie piękne, niebieskie oczy i białą skórę – brand rozpoznawczy bezdennego portfela oraz proporcjonalnej doń głupoty, zwanej eufemistycznie, naiwnością.
W dodatku całkiem na pewno będzie to bilet na nieistniejący środek transportu!

Ze wszystkich krajów azjatyckich, które odwiedziłam w tej i poprzednich podróżach, Indonezja jest najmniej dzika i najbardziej zepsuta. Mówiąc najmniej dzika, nie mam na myśli iluś tam gwiazdkowych standardów, mam na myśli lokalnych ludzi, którzy zachowują się niczym kowboje na kapitalistycznym dorobku.

Wszystko ma swoją cenę: plaża, szlaban, most…autostop i jest to męczące dla człowieka przyzwyczajonego do choćby znikomego procenta normalności, bo ta cena zależy od tego, na ile cię wycenią.

W tym sensie Bai, Lombok, Gili najbardziej pokaleczyły mój wrażliwy idealizm. Z drugiej strony Indonezji też zawdzięczam największą lekcję: odwagi, kreatywności i niezłomności, bo na tych wyspach musiałam przekroczyć siebie wiele razy, stając się…kowbojem.

– So you really think that the government is the real reason?/ Naprawdę przypisujesz całą odpowiedzialność rządowi?
– Yeap./ No.
– But the government are people…/ Ale rząd to ludzie…
– You cant stop technology – powtórzył Wan Wan nie na temat./ Technologii nie zatrzymasz.
– As you cant stop people…if they are hungry they just go and hunt. / Tak jak ludzi. Głodni idą polować.

Ubud w drodze na tarasy ryżowe

Ubud, Bali, Indonezja 2015

Hungry ghost, czyli symbol Indonezji. Ten w okolicach Ubud.

Chmury stawały się coraz większe, a ja miałam do przejechania spory kawałek bardzo pod górę i bardzo na granicy moich możliwości kierowania skuterem.

– I’ll be going. Look at the clouds./ Będę się zbierać, bo chmury nie wróżą dobrze – zmierzałam w kierunku kropki.
– In Indonesia we have this saying: „Cloud doesn’t mean rain”. It means that if you think there is no option there is always a chance. The wind can blow and make the clouds disappear. / W Indonezji mamy powiedzenie: „Chmura nie oznacza jeszcze deszczu”.
– In Poland we say don’t cut the skin on the bear as it can be still alive./ A w Polsce mówi się: „Nie dziel skóry na nieupolowanym niedźwiedziu” – zmodyfikowałam nieco znane przysłowie na potrzeby tej konwersacji.
– Oh, that’s strong!/ Mocne!
– Bloody, you mean?/ Chyba krwawe.
– Yes.
– It comes from hunting. I recon it suits Indonesia. / Jak to polowanie. Pasuje do Indonezji.
– We don’t have the bears here./ Czy ja wiem? Tu nie ma niedźwiedzi.
– But tourists you do have. Wan Wan, what your name means?/ Ale są turyści. Wan Wan, co oznacza twoje imię?
– I’ve changed it from Waan ‘cos every second person in the village has the same name. Wan Wan is like One One. I’m always the number one. The winner. /A, trochę je zmodyfikowałem. Co drugi u nas w wiosce nazywa się Waan. A Wan Wan brzmi jak one one. Zawsze jestem numerem jeden. Pierwszym. – uśmiechnął się.
Herszt – pomyślałam. Herszt filozof.

W Malezji nie lubią Indonezyjczyków

Nielegalni imigranci są prawdziwym problemem. Bogaty, muzułmański rząd się z nimi nie cacka. Deportuje. Chociaż muzułmanin dla muzułmanina brat. Więc też przygarnia. Mnoży muzułmańską populację, a ta rośnie w siłę, bo islam to siła. A jednak wysepki wokół północnego Borneo mają swoje bojówki, zamieniają się w rewiry policyjne, gdzie Malezyjscy pogranicznicy chronią turystów przed indonezyjskimi i filipińskimi piratami.

MSZ i BBC ostrzega.

– Which of them are worse?/ Którzy są gorsi? – pytam tendencyjnie ochroniarza przydzielonego turystom już w Malezji.
– Indonesians. If they don’t get the ransom, they just kill the hostage. No mercy. But the comment is unofficial. /Indonezyjczycy. Jak nie dostaną okupu, zakładnik staje się niepotrzebnym balastem…którego się pozbywają. Skutecznie i definitywnie. Ale to tak między nami.

I don’t know if I trust the clouds. I don’t know if I trust the islands. I know I do trust myself, though….- myślałam, ruszając na skuterze w stronę Praya. Przypomniałam sobie prom na Lombok. Kilka dni temu z pokładu patrzyłam w Morze Balijskie, kontemplując kapryśną naturę. Chmury nabierały domieszki czerni. Coraz bardziej intensywnie. I wtedy przyszedł deszcz.

Autor: Dominika Sidorowicz

Piszcie do mnie w sprawie przygód! 🙂