fbpx
2 530 odsłon18 komentarzy

Szwedzki buf(f)et

– You are a good man – powiedział Sasi, znów wieloznacznie, bo w aktualnych okolicznościach czuję się nie tylko zdecydowanie jak woman, ale w dodatku jak człowiek też nie do końca. Raczej jak kosmita płci żeńskiej.

W Indiach nie mogę przejść normalnie przez ulicę,

bo każdy mój krok odbija się echem kakofonii tubylczych okrzyków :”hello”, „good morning”, „oh, sorry good evening”,”taxi?”, „do u have time tonight?”, „buy something!!!”, „where do u go?”, „where are u from?”.

Raz się odwróciłam nieopatrzenie na hasło: „hello, my friend „i okazało się, że to hinduska forma zwracania się do mężczyzny, do kobiety stosuje się: „do u have time tonight?”
– Busy working – odpowiedziałam absurdalnie.
– Tomorrow?
– Either.

Zbędna konwersacja, ale jednak potrzebuję jakiejś interakcji z istotą ludzką wykraczającej poza „how much?”, bo taki materializm na dłuższą metę niż 3 dni mi nie służy.
– 15 minutes?/. – raczej stwierdził niż zapytał rozmówca. W domyśle dodając „only”.
– Bye – oznajmiłam.
– 5 minutes – negocjował.
Pokręciłam głową.
– 5 minutes tomorrow! – wpadł na genialny pomysł.
– Tomorrow is always possible but only now exists – pomyślałam albo powiedziałam

i ruszyłam po banany …a kupiłam bułki.

Sztuk 3. 10 rupii. Cały dzień szukałam chleba. Mój układ trawienny domagał się stanowczo węglowodanów, bo od 3 dni spożywałam papki: masale, lassi, wyciskane soki, fruit salads i banany (akurat w stanie w miarę stałym), lemoniady i hektolitry wody. Bread jest trudno dostępny na Goa, co prawda nie ustawiają się po niego kolejki jak w moim dzieciństwie, tylko trzeba gonić pana na rowerze, czyli w sumie i tak jest wesoło.

Pan sobie jedzie z wielkim koszykiem na kierownicy i wiezie w nim ciepłe bułeczki, które okazują się bardzo dobrymi kajzerkami, zaskakująco podobnymi do polskich smaków z lat 80. W połączeniu z plain lassi przywracają pamięć o zsiadłym wiejskim mleku prosto od krowy po udoju (nie mylić z ubojem) odstawianym na parapet w celu zwarzenia się (kiedyś mleko robiło się zsiadłe, a nie do wyrzucenia); choć lassi bardziej przypomina jogurt, mniej ayaran czy kefir. Takim mlekiem popijało się w upalne polskie dni gdzieś na Polesiu, co prawda nie kajzerki, ale wielkie pajdy chleba prosto z pieca Baby Jagi, gdzie Jaś i Małgosia nie dostawali cukierków, tylko przypalone kotlety i przesolone rzodkiewki – te drugie z ogródka, a pierwsze z chlewika.

Tu nikt nie zjada krów, ale kurczaki to już owszem, czyli szwedzki bufet jest jednak nieco wybrakowany.

Trzeba uważać na kurczaki, bo wszystko co jadalne, oparte jest na kurczaku. No dobra, jakieś 50%, ale to i tak druzgoczący wynik jak na wegetariańskie Indie. Choć wszyscy mi mówią i mówili ( tu powinien być użyty present perfect), że Goa to nie Indie, to jakby je zwal miejsce, może Kraina Czarów?, ćwiczy nieźle kreatywność. Rekomendowałabym taką wyprawę wszystkim, którzy utknęli w jakichkolwiek schematach i koleinach przeterminowanych, a jednak wiecznie aktualnych, nawyków.

Bo tutaj wszystko jest na odwrót.

Jeśli podczas 15 minutowego spaceru 100 osób mówi ci „good morning”, to raczej nie będziesz odpowiadać „good morning” 100 razy, bo trzecie powtórzenie „good morning” już wprowadza nudę i ciężkość stylu oraz kroku – co widać w tym zdaniu – tylko wymyślisz coś mniej typowego, chociażby glupią minę albo grę w klasy przez pola minowe krowich placków, o czym będzie następnym razem, bo dziś zbyt dużo czasu spędziłam w WC.
Tak wygląda Khao San Road na Agonda Beach. Poza godzinami szczytu.
W Indiach. Ulica na Goa w Agonda Beach

Miejscami przypomina polskie plaże…
W Indiach. Ulica na Goa w Agonda Beach, deptak.W Indiach. Ulica na Goa w Agonda Beach, deptak i atrakcje dla turystów.Krowy w Indiach. Na Goa w Agonda Beach. Plaża na Goa w Agonda Beach. Krowy w Indiach faktycznie są wszędzie.
Krowy, psy i kruki oraz to, co po sobie zostawiają to stały element krajobrazu. Ruchomy. Czasem ryczący i pędzący.
Czasem szczekający i włażący na stół z obiadem. Porywający banany i krakersy.
"Lundry service" w Indiach. Na Goa.

Lundry service jeszcze nie wypróbowałam. Na razie piorę sama.
Nie schnie.
Nawet szybko schnące kostiumy Seafolly powinny zmienić swoją marketingową nazwę na wiecznie wilgotne i odbarwiające się pod wpływem mórz z Tysiąca i jednej nocy.20150213_163629 20150213_164448cc

Autor: Dominika Sidorowicz

Piszcie do mnie w sprawie przygód! 🙂

Chcesz zainspirować się bardziej? :)