fbpx
4 126 odsłon78 komentarzy

Egzotyczne maski i europejskie wyobrażenia

Wysiadłam z samolotu na miękkich nogach

Było parno. Gorąco. Egzotycznie. Tropiki otumaniły mnie zaraz na lotnisku. W Polsce panowała zima – taka jak jeszcze gościła w moje urodziny. Drogowcy jak zwykle zaskoczeni nie nadążali z łopatami, spychaczami, kombajnami i inną ciężką artylerią, którą służby miejskie wyciągają w takich przypadkach z pawlacza.
Na lotnisku w Helsinkach zatrzymała mnie burza śnieżna. Wszyscy pasażerowie zmuszeni spędzać noc w takich niespodziewanych okolicznościach, udali się na huczną, skandynawską imprezę. Wysokoprocentowe wyziewy ich oddechów unosiły się w ciasnych, klimatyzowanych wnętrzach. Kubiki dla palaczy pękały w szwach. Nawet śmiesznie to wyglądało. Ludzie upchnięci w szklanych trumnach jak śledzie w puszce, wykonywali rozpaczliwe ruchy, żeby podpalić papierosa, nie szturchając przy tym sąsiada. Różnie to wychodziło. Około 6 nad ranem zamknięto toalety w celu przeprowadzenia porządków generalnych i nie był to najlepszy pomysł, bo niektórzy do tego czasu poczuli się gorzej.
Mniej więcej o 9 rano samolot w końcu odbił się od zaśnieżonego pasa startowego i wystartował w burzy gęstych płatków śniegu, po to żeby po kilku godzinach wylądować w tropikach 
Było to prawie 10 lat temu.

Leciałam do Tajlandii po raz pierwszy. Do raju. Po takie widoki.

Plaża na Ko Phangan.

Mu Ko Ang Thong National Marine Park w Tajlandii.

Plaża na Ko Samui. Lokalna kobieta sprzedaje owoce. Egzotyczne maski na użytek turystów.

Ko Samui, Tajlandia

W marcu 2015 trafiłam do Bangkoku po raz kolejny.

Uciekłam tutaj z Południowych Indii. Sporo mnie kosztowało, w tym finansowo, wydostanie się z tego kraju.

W swoich notatkach napisałam wtedy to, co wklejam teraz bez korekty:

Kocham Bangkok! Normalnie nie mogę uwierzyć, że w ciągu 2 dni tj. odkąd tu jestem tylko 4 tuktukarzy krzyknęło w moim kierunku: halo! tuk tuk! i nawet chyba krzyknęli do you want tuk tuk?, tylko 2 żebraków stosunkowo nieśmiało wyciągnęło puszkę na mój widok, tylko 2 facetów zapytało się :where are you from?, przy czym jeden nawet zaryzykował: are you from Germany? zamiast priwiet, przysiadł się do mnie TYLKO I WYŁĄCZNIE pojedynczy osobnik, który w dodatku szybko sobie poszedł…jak mu powiedziałam, żeby sobie poszedł, a do tego wszystkiego dwie z trzech zapytanych osób dobrze mi wytłumaczyły drogę, nie chcąc mi nic sprzedać przy okazji ani nawet zrobić zdjęcia!

Szok!

Mogę normalnie przejść ulicą nieścigana szpalerem spojrzeń i pogapić się nawet na stragany, co mnie zupełnie do niczego nie zobowiązuje. Hurraaa!!! Jestem wolna od bycia naznaczoną piętnem białej kobiety – nie dość, że białej, to jeszcze bezpańskiej, bezmężnej księżniczki śpiącej na workach dolarów wystrojonej w sukienkę utkaną z zielonych falbanek we wzorki wysokich nominałów. ( W Indiach chodziłam w spodniach, w kapeluszu pod którym upychałam blond czuprynę i w ciemnych okularach, które skrywały moje niebieskie spojrzenie).

Jednym słowem przestałam być dziurą ( nie mylić z górą)  pieniędzy.
Co za ulga trafić wreszcie do domu!
Mogę oddychać i nie muszę co pięć sekund walczyć o swoją przestrzeń!

Te wrażenia mogą się szczególnie przydać kobietom, które wybierają się same do Indii.

Oczywiście wiadomo z nauk proksemiki, że przestrzeń osobista inaczej jest definiowana w Indiach niż w Europie.
Wiemy też, że emancypacja nie obowiązuje w krajach tradycyjnych o odmiennych systemach kulturowych i religijnych.
Wiemy również, jak poczytamy, że Indie i Chiny to jedyne kraje, gdzie męska populacja znaczenie przekracza żeńską (W Warszawie te proporcje są dramatycznie odwrócone, co prowadzi do równie ciekawych, co wkurzających efektów).
Poza tym nikt chyba nie ma wątpliwości, że kraje europejskie postrzegane są jako chorobliwie bogate, a ich mieszkańcy jako ultra zepsute moralnie nacje.
I możemy sobie wyobrazić skumulowaną siłę rażenia tych uwarunkowań w praktyce.
Jednak!

Co innego teoria, a co innego osobiste doświadczenie!

To są bezczelne wnioski królika doświadczalnego, a nie eksperta indologa w białych rękawiczkach. Na orientalistyce ze średnim przekonaniem i sporo większym niedowierzaniem przewracałam strony mitologii indyjskiej i jej zapętlających się interpretacji krztuszących się własnym ogonem, który badaczom wychodził aż uszami.

Zabudowania na Goa. Rudera obok luksusowej rezydencji.

Logika indyjska

Nadmiar bogów, nadmiar mylnych tropów, wszystko nie jest tym, czym się wydaje.

Ludzie doznają oświecenia i popadają w ruinę szaleństwa albo innych uzależnień od tanich dragów. A wszystko to w imię wyższego celu. Neurotyczny porządek kast, wartość życia i każdego dnia mierzona pieczątkami, podpisami i kopiami – ordnung, który próbuje utrzymać w ryzach ten potężny chaos. Jakby Śiwa wiecznie walczył z Wisznu, a Brahma drzemał po wyczerpującym dziele stworzenia. Każdego dnia. W każdej sekundzie. Racjonalnie rzecz ujmując, można to zwalić na przeludnienie i tu sprawę zakończyć, ale to bardzo uproszczony wniosek.

Opuszczony dom na Goa w palmowym gaju.

Opuszczony dom. Południowe Indie

Poznałam namiastkę tego kraju bez logiki i o wielu przedramionach, które w tańcu mogą stworzyć niezwykłe figury, ale w codziennym życiu każda z tych dłoni sięga po co innego – jednocześnie i w zupełnym braku koordynacji. A tam, gdzie Kali odrąbie jedną kończynę, od razu wyrasta osiem następnych. Natychmiastowa reinkarnacja.

To, co przeraża człowieka Zachodu w tej kulturze to brak dualizmu i co za tym idzie brak oparcia,

kłębek nigdzie się nie kończy, bo w ogóle się nie rozpoczyna, ślisko, nie ma o co zaczepić nici, której przecież nie ma, za to jest jej wyobrażenie,  w konsekwencji mgła poznania wypełnia lustrzane korytarze i z kakofonii odbić wyłania się brak sensu – samsara – koło się zamyka. Potrzask.

O szkatułkowej budowie. Misternej. Każda zapadnia otwiera następną. Wszystko ma swoje drugie, trzecie dno i wszystkie one się w sobie odbijają, tworząc powidoki (o)lśnienia w lustrzanych labiryntach znaczeń.

Margao na Goa. Zakład fryzjerski. Przerwa na lunch.

Margao. Zakład fryjzerski. Przerwa na lunch.

Uciekłam do słońca. Na bezpieczną wysokość. Tam, gdzie jest łatwiej. I gdzie mogę działać, a nie tylko reagować. Gdzie skala zdziwienia jest dużo mniejsza. Gdzie człowiek może zebrać myśli i poskładać je w spójne sekwencje. Tam, gdzie Śiwa nie zdziera drapieżnie woalek Mai i gdzie tamas nie zmienia biegów rzek.

Zabrałam swoje manatki do krainy komfortu.

Nie wytrzymałam w niej jednak zbyt długo.
Przeszłam przez kolejną granicę.
Pojechałam do Laosu.

Autor: Dominika Sidorowicz

Piszcie do mnie w sprawie przygód! 🙂

Chcesz zainspirować się bardziej? :)