fbpx
3 410 odsłon60 komentarzy

Odcinek pilotażowy – couchsurfing i wiza indyjska

Godzina zero – czas start!

Zapomniałam wystartować chronologicznie, więc nadrabiam…Po wielu odcinkach, kiedy akcja się już  kręci i zapętla na dobre, a ja od dawna jestem w Polsce, przeżywając tutaj niemniej zaskakujące przygody niż w Azji, śpieszę więc z pilotem…tego serialu.

Zaczyna się polska jesień. Złota już dawno minęła. Listopad nadciąga nieubłaganie, a ja coraz bardziej chodzę (jak) na szpilkach albo (po) rozżarzonych węglach, nie mylić z popiołem. Już powinnam kupować bilet. Pożegnałam się z gąską (dziękuję gąsce za wsparcie), zgromadziłam środki (dziękuję swojej determinacji, pracowitości i sprzyjającym zbiegom…uwaga!…okoliczności) i coraz bardziej chcę już siedzieć w samolocie, a potem przemieszczać się po obcym lądzie. Bardzo obcym, bo lecę do Indii. Tzn. w listopadzie myślę jeszcze, że Indonezji. Ale w sumie też tam też nie byłam (pamiętacie, że jest listopad 2014 roku, czyli wieki świetlane przed godziną zero), więc na jedno wychodzi.

Uwaga, czytelniku, zmieniam narrację na obiektywną

W tym momencie bohaterka doświadcza perypetii zdrowotnych, które początkowo mylnie interpretuje jako strach przed lataniem. Uporawszy się jednak z tym wybiciem z akcji (sama nie wiem, czy traktować to jako epizod burzący ciągłość fabuły, czy jako ciekawą przygodę nr 1) z wolna zaczyna przyjmować do wiadomości, że nie wszystko da się zaplanować na tip top i w ogóle po myśli narratora.

Eureka! Couchsurfing !

Może tam poznam jakiegoś bohatera mojej historii? -myśli dziewczyna coraz bardziej w listopadzie, czyli coraz bardziej nie w humorze. Ano jest. Nie jeden. Bo napisał i Hindus i Turek i Hiszpan. Każdy chce przyjechać do Polski. Zaraz, zaraz to nie w tę stronę. Poznać Indonezyjczyka, Wietnamczyka na couchsurfing u graniczy z cudem. I bynajmniej nie chodzi o płeć, ale o narodowość, a tam właśnie heroina chciałaby jechać. Turek, Hiszpan oraz Włoch są bardzo bezpośredni: I don’t need a second bed. I’m easy going. You will like it.

Sprawdza więc na wszelki wypadek na jaki serwis się zapisała, bo w listopadzie wszystko może się człowiekowi pomylić. Ponieważ jednak okazuje się, że nie jest to serwis random sex with exotic lover, to wybiera Hindusa, który pisze tylko o słoniach, krowach, złotych górach i Bollywood. I nie wiedzieć czemu o wołowinie. Pewnie po to, żeby uznała go za postępowego bombajczyka bez przesądów. Jednak ona widzi go tylko w kategoriach typowego mięsożercy (ach, te filtry poznawcze dostarczają tyle zabawy w życiu). Hindus okazuje się bezpośredni dopiero na miejscu (red. spojler), ale nie uprzedzajmy faktów, zwłaszcza jeśli piszemy o uprzedzeniach.

Couchsurfing w wydaniu indyjskim

Wirtualny świat wyobraźni

Hindus pisze dobrze. W końcu scenarzysta, więc jak ma pisać? Raczej nie źle. Wyobraźnia lekko płynie przez jego słowa. Nie zaczepia się o kanty. Odpowiednio utrzymana dramaturgia, dobrze nakreślone postacie i kolorowe tło. Całość składa się w spójny, elegancki szkic filmowy. Prawie gotowiec. Albo nawet bez prawie. Może wszystko jakoś lepiej by wyszło, gdyby Hindus okazał się gejem? Okazał się jednak Hindusem. A Polka – w okularach wyposażonych w nieodpowiednio dobrane filtry  – w jego oczach białą kobietą, a nie partnerem do projektu dokumentu o Kaszmirze i dzieciach żołnierzach. Ona jechała do Indii zbierać materiały do historii, którą chciała opowiedzieć światu, a on sądził, że jedzie do niego. Zupełnie nie wiadomo, skąd mu to przyszło do głowy. Rozmawiali tylko o filmie, o pozwoleniach, o tłumaczach, o dotacjach. No i o scenariuszu. Nadal uważam – to narrator wszechwiedzący – że jest fantastyczny i że świat powinien zobaczyć rzeczy, których nie chce widzieć, bo woli oglądać Andamany i palmy na Goa, pod którymi turyści z zachodniej Europy uprawiają jogę za 4 tys euro, bo tyle kosztuje oświecenie.

Bohaterka, najwyraźniej pozbawiona umiejętności odnajdywania w tekście znaczeń ukrytych i czytania między słowami, nieopatrznie kupuje bilet na Goa. No bo przecież nie zwariowała na tyle, żeby od razu lecieć do Bombaju (to dopiero mogłaby być historia! W scenariuszu pewnie tak bym to umiejscowiła).

Może nie couchsurfing ale mydło i powidło po indyjsku

Wiza indyjska

Mamy już grudzień. Bohaterowie złożyli sobie życzenia, chociaż w Indiach nikt nie słyszał o choince, śniegu brak, za to ciemności spowiły ziemię, a przy zgaszonym świetle dobrze się marzy. Zwłaszcza o podróżach. I o palmach. I tej idylii z folderów biur turystycznych. Wiza dawno wbita, chrzanić zdjęcie – to w amerykańskiej jeszcze gorsze – zegar tyka. Z sześciu miesięcy na Indie zrobiło się pięć. Dziewczyna w stanie lekkiej paniki przypomina sobie, jak bardzo się śpieszyła w Australii i jak trzeba było latać do Nowej Zelandii, żeby zdobyć kolejne 183 dni na hulaj dusza, piekła nie ma i obywać się bez pozwolenia na pracę, bo na samym karnawale nie da się przeżyć. Wiza indyjska jednak nie odnawia się po ponownym przekroczeniu granicy. Pewnie pojadę do Nepalu, jak minie termin przydatności do spożycia – kombinuje – a potem będę zastanawiać. Pomyślę o tym jutro, jak mawiała Scarlett O’Hara. Ten romans przeżyła w podstawówce, dlatego tak dobrze pamięta szczegóły.

Kolejna retardacja – jak to pokazać w filmie?

One way ticket do Indii

– I wreszcie jest mój bilet!  – wykrzykuje.

Ponieważ to film, musiałaby to zrobić naprawdę, nie tylko pomyśleć. Ale przeciąga strunę. Czeka do ostatniej chwili z zakupem, bo very last minute jest very cheap. Jeszcze tylko telefon do ambasady, żeby oszacować ryzyko.
– Can I fly with one way ticket to India? (Oczywiście wcześniej pojawiają się formułki grzecznościowe: Good morning, I’m calling to inquire about… – w tekście pisanym jednak słabo to wygląda)
– No! – bohaterka potyka się o wykrzyknik i z niedowierzaniem konstatuje, że mit o grzecznych, uszanowania pełnych Hindusach właśnie trafił szlag, na ułamki sekund traci więc swoje umiejętności komunikacyjne, zaskoczona nowym obliczem asertywności.
– And if I had such a ticket, supposedly? – drąży po pauzie.
– I don’t understand.
– I can buy one way ticket to India so it’s legal to fly with one way ticket, isn’t it? – wnioskowanie logiczne jest jej mocną stroną, mimo tego że bywa blondynką, zwłaszcza w tropikach.
– Maybe it’s legal to buy but not to fly – zaczyna powoli poznawać magię Indii. Jeszcze w Polsce.
– So if I had bought one way ticket, I wouldn’t be able to fly? Is that correct?
– No! – hmm…jak to było z tą podwójną negacją po angielsku? Lepiej chyba się upewnić.
– Thus, what is correct?
– You cannot fly with one way ticket to India!
Understood – myśli sobie (tutaj można zastosować zabieg z House of Cards, kiedy Frank Underwood, zakrywając dłonią słuchawkę, zwracał się wprost do widza, a do telefonu z uśmiechem:
– Thank you for your kind information. Goodbye.
Widz jednak nie jest pewien, czy rozmówca dosłyszał tę odpowiedź, bo po thank you połączenie zostało zerwane.

Indyjskie xero na Goa

One way ticket do Indii kupuje następnego dnia tj. w sylwestra. Na bal wymagano charakteryzacji z lat 50, ale szampański humor sprawił, że uznała, że żaden kamuflaż nie jest jej potrzebny. Dzień przed wylotem, bo wyruszyła dopiero w styczniu, zrobiła fake booking na lot powrotny. Nikt jej o to nie zapytał na lotnisku. Może dlatego, że mają w systemie?

Kupujecie taki serial? Czy lepiej pełnometrażowy? Bo powieści to się zupełnie nie opłaca pisać 😉

Autor: Dominika Sidorowicz

Piszcie do mnie w sprawie przygód! 🙂

Chcesz zainspirować się bardziej? :)