542 odsłon38 komentarzy

Kukułka kuka w El Cuco

El Cuco i Zielony Żółw

Liczę dźwięki, odmierzając je zachodami słońca. Czas przelewa się przez dziurawe sito, ale przystanki w podróży pod wiatą nicnierobienia są konieczne. Teraz siedzę na plaży w El Cuco w Salwadorze i oglądam się za siebie. Za mną Meksyk i Gwatemala. Przede mną Honduras, Nikaragua, Kostaryka i Panama. Internet tutaj jest bardzo kiepski, więc przestałam blogować. Zdałam się na okoliczności, na podróż, na flow. Już wiem, jak trudne jest pisanie bloga podczas takiej wyprawy. W Azji było o wiele łatwiej. Nie starcza przestrzeni, mimo że La Tortuga Verde  – mój hostel – dosłownie znajduje się na pustkowiu. Z tego co pamiętam, do Chirilagua – najbliższego miasteczka jest 5 km, może więcej. Idąc tam po zakupy, muszę się zsynchronizować z rytmem przypływów i odpływów. Inaczej musiałabym wracać drogą dookoła. Czasem podejmuję to ryzyko. Autostop w Salwadorze działa dobrze, ale ruch tutaj wcale nie jest taki duży.

Plaże w El Cuco

A post shared by Dominika Sidorowicz (@hamaklife) on

A post shared by Dominika Sidorowicz (@hamaklife) on

Free taxi

Podróżując po krajach rejonu Ameryki Centralnej warto brać pod uwagę, że komunikacja publiczna praktycznie zamiera po zmierzchu. Zostaje więc albo długi spacer albo liczenie na podwózkę. W małych miejscowościach nie ma taksówek. Jest na to sposób. Puka się do czyjegoś domu, wchodzi do baru albo sklepu i pyta o kierowcę. Zazwyczaj znajduje się ktoś, kto cię zawiezie na miejsce po kosztach paliwa.  Zapłaciłam za benzynę tylko raz. 5 dolarów i w sumie tylko dlatego, że się upierałam. Kierowca podwiózł mnie po całym dniu pracy 20 km w zupełnie przeciwnym kierunku niż jego dom. Dwudziestu kilometrów w Salwadorze nie jedzie się 15 minut.  Zaraz, zaraz chyba stanęło jednak na tym, że zatankuję następnym razem i tak się przeciągnęło w nieskończoność.

Urlop w podróży z domieszką hazardu

Nieskończoność to luksus. Zwłaszcza jak podejrzewa się istnienie zasadzki. O tej zasadzce mówią surferzy w El Cuco. Zawsze z bliżej niezrozumiałych dla mnie powodów,  trafiam tam, gdzie oni. Do tych trudno dostępnych  przystani rozsypanych na mapie świata jak diamenty. Co tu dużo mówić: surferzy mają gust! Zawsze wybierają dzicz, wysoki stok fali, ostre kamienie, zachody słońca, które domykają każdy dzień hermetycznym kiczem zbyt wysyconych barw albo romantyczną akwarelą, jak kto woli, i kompletny brak czegokolwiek w promieniu dwóch godzin na piechotę. Jakby uparli się na trudnodostępność, oddzielność od miejskich wygód i nieba pełne gwiazd. Oczywiście mam na myśli ekstremistów. Lunatyków, którzy jeżdżą po świecie, szukając miejsc, które mogą skolonizować, w których mogą zatańczyć z żywiołem. Widzieliście Point Break? Obejrzyjcie! Bo o takich surferach mówię. Kiedyś o nich napiszę. Spotkałam wielu, którzy pasują do takiej ballady. Tymczasem oni właśnie uświadamiają mi, że zasadzka całkiem realnie istnieje. Jest nią wiza 4 G , czyli pakt gwatemalsko- salwadorsko-hondurasko- nikaraguański. Trzy miesiące na te cztery kraje liczone od wjazdu do Gwatemali. Można ją przedłużyć dopiero w Nikaragui, być może w Hondurasie, ale dowodów póki co brak. W niepewności więc szacuję ryzyko. Lubię rozciągłość i lubię się nie śpieszyć. Wierzę w szczęśliwe zbiegi okoliczności.

Zdaję się na ciąg dalszy i na intuicję

Prywatna stołówka

Tuż obok mojego hostelu w El Cuco –  La Tortuga Verde to de facto luksusowy kompleks wypoczynkowy – mieszka salwadorska rodzina, do której wpadam na obiady. Niedawno zaczęli prowadzić małą lokalną jadłodajnię. Idąc dalej w bezdroża, z dala od miasteczka, znajduję jeszcze trzy, ale mój wewnętrzny kompas zawsze zawraca mnie do tej. Przychodzę na herbatę, na shake’a, używam ich lodówki. Jedzenie nie jest smaczne, ale dobrze się tu czuję. Wracam do ludzi. Nie do rzeczy. Lubię z nimi rozmawiać. Koty i psy od razu mnie zaakceptowały. Czarny siedzi po prawej, pręgowany po lewej, a pod stolikiem położył się labrador. Dziewczynka przywołuje labradorzycę do porządku:

– Coti! Venga! Que no moletas!

– Niech zostaną! -odkrzykuję – kochane zwierzaki.

Clara się śmieje: Ay! Bien. Bien. Pyta czy mi smakuje.

– Coraz bardziej – odpowiadam i chichoczemy obie. Kroję widelcem kukurydziany placek i zerkam znad popękanego talerza na białego mężczyznę, który siedzi przy drugim stole. Kościsty, niewysoki, zasuszony. Nieobecny. Sądząc po trzech pustych butelkach piwa, które dotrzymują mu towarzystwa, chyba pijany.

Jak poznałam kojota

– Mogę się przysiąść? – pyta.

Nie podoba mi się, ale w tym miejscu czuję się bezpieczna. Intryguje mnie jego nieprzystawalność do okoliczności. Salwador, w przeciwieństwie do Kostaryki i południowej Nikaragui, nie jest miejscem, gdzie Amerykanie z klasy średniej przeprowadzają się na emeryturę. Tutaj nie ma ekspatów. Nie ma tutaj też w zasadzie backpackersów. Jedynie surferzy. Kiwam głową.

– Nie pasujesz tu – zaczyna rozmowę.

– Ty też nie – nie mam co do tego wątpliwości.

– Sam się zastanawiam…

– Co robi Amerykanin w twoim wieku w Salwadorze przy granicy z Hondurasem? – dopowiadam jego myśl.

– Francuzka czy reporter? – strzela palcami.

– A to się wyklucza?

– Wydawało mi się, że słyszałem akcent.

– Ciebie zdradza już tylko wygląd. Długo tu siedzisz. Wcześniej w Hondurasie i w Meksyku. Headhunter?

W El Cuco spotkałam pierwszego kojota

Patrzy na mnie z zaciekawieniem. Cień uśmiechu przesuwa się po jego twarzy.

– Marita, dame una mas! – wstaje z butelką w ręku – jednak nie Francuzka – konstatuje – Wpadnij do mnie jutro o dwunastej. Biały dom. Pierwsza w lewo. Na zachód. Opowiem ci historię. Taką, jak lubisz – rzuca na pożegnanie już całkiem po angielsku ze środkowo-teksańskim akcentem – si tu veux – dodaje.

Coti podnosi niechętnie głowę, a ja myślę o tej historii, którą polubię. Nie wiem jeszcze, że opowiem ją potem w książce i wbrew obietnicy, której nigdy nie dałam, nie zachowam tego spotkania tylko dla siebie. Stanie się ono jednym z wielu zbiegów okoliczności, które zdarzyły się naprawdę i które trafią do archiwów kolejnych fikcji.

Plaża w El Cuco w Salwadorze. Burzowy zmierzch.

Plaża w El Cuco. Burzowy zmierzch.

Autor: Dominika Sidorowicz

Piszcie do mnie w sprawie przygód! 🙂

Chcesz zainspirować się bardziej? :)