285 odsłon3 komentarze

Gringa w Gwatemali

Central America Flow

Kolejna ze stron tej wyprawy, nie liczę która, bo szczęśliwi czasu nie rozmieniają na przecinki. Zorganizowani mają plany. Elastyczni się adaptują do okoliczności, a surferzy płyną na fali. Raz na wierzchołku, czasem pod spodem.

A gringa w Gwatemali doświadczała skrajnych emocji: mieszanki współczucia i złości.

Salwador przywitał mnie miękko i pozwolił odpocząć.

Poczuć się jak gringa u siebie. Często podobnie czuję się w Polsce. Tylko w kraju Zbawiciela jest większe przyzwolenie. Bo niebezpiecznie. W teorii. W mediach. W zbiorowej paranoi przekazów. W miejscach naznaczonych na ogół ludzie są serdeczni, ciepli, otwarci. Jeden z paradoksów współczesnego świata. W rejonach turystycznych chciwi, wrodzy, skalpujący.

Nie pokochałam Gwatemali

Zbyt hermetyczna. Przepaść pomiędzy drugim i pierwszym obiegiem rozciąga się po horyzont. Widać jedynie fatamorganę. Zastanawia mnie, jak ludzie w tak biednym kraju, mogą mieć tak wysokie ceny. Czyżby jedli tylko to, co wyhodują? Choć po gabarytach sądząc, żywią się raczej tonami cukuru.

Benzyna prawie dwukrotnie droża niż w Polsce, więc ceny transportu wydają się adekwatne. Ceny kosmetyków zwalają z nóg, ale przy poziomie higieny to również nie zaskakuje. Chorować też się nie opłaca, a łatwo, oj jak łatwo, bo w aptece gwatemalskiej można zbankrutować jeszcze szybciej niż w polskiej.

Gringa w Gwatemali…

Dziergając krzywą fastrygę porówań, można by powiedzieć, że Gwatemala to prawie Afryka. Nie ta północna. Nie piszę tego jako marudny malkontent w europejskich fatałaszkach, chcę po prostu naszkicować dynamikę tego kraju. Kilka kresek dystynktywnych pęknięć kulturowych  na tle państw ościennych. Owszem w Gwatemali bywa bardzo ładnie

, w każdym skrawku mapy, który udało mi się skartografować na własne potrzeby, widziałam piękno, bo jak człowiek spełnia swoje marzenia, to inaczej nie może. Siłą rzeczy jest ślepcem, ale łatwo przez Gwatemalę się nie prześlizgnęłam.

Pokusy…

Od ucieczki powstrzymali mnie tylko ludzie spotkani na mojej drodze i…ta wrodzona ciekawość, co będzie dalej, jak nie wybiorę najprostrzego rozwiązania. Jak nie skręcę w kusząco komfortowe warunki takie jak USA czy Kostaryka, gdzie wszystko jest poukładne, polukrowane i klimatyzowane. Gdzie nocami nie marźnie się w skaretkach pod dwoma warstawami koców, w upalny dzień można ugasić pragnienie napojem, który nie składa się z samego cukru i konserwantów, gdzie do mycia zębów i owoców nie trzeba użwać tabletek do uzdatniania wody, a pod prysznicem szczelnie zamykać ust, gdzie człowiek nie musi być czujny na każdym kroku i sprytniejszy od wyszkolonych kieszonkowców, gdzie sejfy są sejfami a nie atrapami, gdzie gringo nie jest celem ani obiektem strategicznym mieszczącym w sobie niewątpliwie cenną zawartość.

Bardzo podobnie jest w Meksyku.

Bieda to choroba…

Istnieją takie miejsca, które redefinują wartości i zmuszają do przedmodelowania obrazu człowieczeństwa. W Gwatemali często wracały do mnie słowa z wykładów Zimbardo: „bieda to choroba”. Dodałabym: zakaźna. Mimo, że nie poruszłam się tutaj tylko po głównych szlakach turystycznych – tych fałszywych, inscenizowanych rzeczywistościach – starałam się być blisko ludzi, żywiąc się na ulicach, przemieszczając się chicken busami, lokalnymi barkami, kupując owoce i warzywa na targach od indiańskich babć, nie doświadczyłam uśmiechu ani życzliwości, zainteresowania. Moja ciekawość krystalizowała się w eterze w kamień wiszący u szyi, który sprowadzał mnie na twardy gwatemalski grunt  – pozostawała niezaspokojona, bez odpowiedzi; nie bardzo portafiłam się przedrzeć przez wrogie maski Majów. Rzeźbione w grymas obojętności i niechęci.

Gringa amiga

Zaczęłam obawiać się słowa „amiga”, bo amiga oznaczało fałsz.

Znacie pewnie ten stan powierzchownej przyjazności, pod którym nie kryje się szczerość, ale chęć ugrania jak najwięcej dla siebie i bez wględu na wszystko. Gwatemala przypomniała mi krzyżowkę Indii i Indonezji – miejsc, które ciekawie było poznać na tyle, na ile pozwoliły, ale trudno się było z nimi zaprzyjaźnić, bo zabrakło woli i przyzwolenia.

Salwador jest zupełnie inny

Na razie nie dotarłam na Kubę, ale mam pewne wyobrażenia…głównie na podstawie literatury i poznanych Kubańczykow. Relacje tych którzy tam byli, nie zachęcają…zobaczymy. W każdym razie w Salwadorze czuję się jak na Kubie 😍 Spacerując, jeżdżąc chicken busami, doświadczając życzliwości mieszkańców tego nieturystycznego kraju, gdzie coś wisi w powietrzu, patrząc na umalowane kobiety w krzykliwych strojach…na utraconą świetność kolonialnej architektury…lubię wszystko oprócz śmieci… #streetfashion #streetstyle #streetphoto #street #streetphographer #people #peoplephotography #igelsalvador #igsalvador #salwador #salvadorstravel #travel #centralamerica #centralamericatravel #podróże #podróż #hamaklife #girltravel #backpacking #polishtravelblogs #travelblogger

A post shared by Dominika Sidorowicz (@hamaklife) on

Po obrazki z tego kraju zapraszam na instagram. Jeśli tylko będę miała czas i możliwości na pewno o nim opowiem. Nie bardzo mam możliwość pisania, zdjęcia do bloga się nie ładują, więc notatki z drogi przeniosłam na social media.

Ciekawe materiały:

Autor: Dominika Sidorowicz

Dziennikarz, fotograf, podróżnik. Kolekcjoner przygód i opowieści.

3 komentarze

  • comment-avatar
    americus 05/05/2017 (06:21)

    kostaryka komfortowa ? bardzo droga ze standardem 3ciego swiata, z tych panstw to meksyk jest najtanszy bo ma niskie lub zerowe cla importowe.

  • comment-avatar
    bezpretextu 02/05/2017 (00:10)

    trochę smutna ta notatka o mieszkańcach Gwatemali – a takie piękne krajobrazy mają i chyba tylko te krajobrazy.

    • comment-avatar
      Dominika Sidorowicz 02/05/2017 (02:27)

      Bo taka rzeczywistośc mnie zasmuca. Podróżując, bardzo wyraźnie się widzi kształt świata, jego podziały wedug kryteriów rzeczywistości materialistycznej. Nie jest to optymistyczny obrazek. Ta podróż ma zmienną dynamikę. Wesołe historie też będą 🙂

Dodaj komentarz